Do tej pory starty planowałem z conajmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i każdy wyjazd poprzedzał odpowiednio długi okres przygotowań o zmiennej charakterystyce, co miało zoptymalizować formę. W zawodach na dystansie +100km brałem udział rocznie nie więcej niż 2 razy, co pozwalało mi na porządne przepracowanie każdego etapu przygotowań, regenerację itd. W tym roku stanąłem właściwie pod ścianą, bo we wrześniu dostałem informacje, że jeśli chcę w ogóle marzyć o wystąpieniu na Ultra Trail du Mont Blanc w 2017 roku, to muszę złożyć papiery też na rok 2016, z tego względu, że „pierwsze” zgłoszenia odrzucają z automatu – tyle mają chętnych 🙂 Jest jeszcze opcja „wejścia” przez drzwi światowej elity, ale w tej klasyfikacji brakuje jeszcze trochę 😛 Pozostało na gwałt znaleźć imprezy odbywające się w okresie październik-grudzień, które pozwolą mi na zdobycie brakujących pięciu punktów kwalifikacyjnych. Wyboru dużego nie było, bo w Polsce zostały 2 możliwości: SOG i ŁUT, ale ŁUT odpadał ze względu na wysokość wpisowego. Ultra Szlakiem Orlich Gniazd kosztowało zaledwie 100zł, zaczynało się w Krakowie, kończyło w Częstochowie, gwarantowało maksymalną ilość punktów(4) i bardzo luźny limit czasowy, więc właściwie wszystko pasowało mi jak nigdy. Do kwalifikacji braknie mi jeszcze jednego „oczka”, więc chyba wykorzystam tę okazję na niedługie, bo 72km ultra, w Lyonie(Francja) w połowie grudnia(o tym więcej w postach niebawem).

Od nieudanej próby pokonania w dobrym czasie GSB(20-23.09) przebiegłem może z 60km, co brzmi dość niepoważnie, ale dodając kilkanaście wyjść na basen nie czułem się „zastany”. Tym razem planowałem ukończyć zawody bez zbędnej presji, z zapasem odpowiednich napojów(TORQ) w plecaku, ciepłej kurtce i z celem: bez urazu dotrzeć do mety zapisując ważne 4pkt na koncie.
Ultra Szlakiem Orlich Gniazd 2015 jest pierwszą edycją tej imprezy, inicjatywą Stowarzyszenia Na Rzecz Nieustającego Rozwoju. Trasa przebiega czerwonym szlakiem i wg. drogowskazów jest długa na 164km, co ściśle zgadzało się z pomiarem mojego zegarka. Na kilka dni przed przejrzałem profil i pomyślałem: jest o wiele mniej stromo i gorąco niż na B7S, więc porównując międzyczasy z tamtych zawodów, 24 godziny „zrobię” jako dobre minimum. Zaczynamy…

Track z Ambita: http://www.movescount.com/pl/moves/move80402829

SOG biuro
fot. Rajdy Stowarzyszenie Vejra

Odprawa techniczna planowana była na 19:30 w szkole ok 3km od Dworca Głównego. Z Katowic, gdzie studiuję, do Krakowa autobusy jeżdżą co 15minut, więc, dbając o odpowiedni zapas czasu, wyruszyłem z dworca przy Piotra Skargi w piątek o 16:00. Żeby nie było zbyt nudno, na ostatnich bramkach staliśmy prawie godzinę, toteż pakiet odebrałem dopiero ok. 18:45. Zaraz potem wszedłem do szkoły – bazy startowej i prawie oniemiałem z wrażenia. Nie więcej niż 15-20 osób krzątało się w pozycjach średnich pakując plecaki, szykując ubiór. Wyglądało to na prywatną imprezę jakichś góromaniaków, ziomków. Nieświadomie rozłożyłem swoje toboły obok późniejszego zwycięzcy biegu(Robert Kędziora w czerwonych Kalenji). Taki klimat bardzo przypadł mi do gustu. To coś zupełnie nowego, świeżego.

Parę minut rozciągania, trochę wałowania i należało spakować plecak startowy. Czym zatem był wypełniony? Pełna lista: -bukłak 2l-czołówka(przez ok. 13h)-rękawice zimowe(niepotrzebnie)-folia NRC-parę banknotów i dowód osobisty-telefon-powerbank i kable do ładowania telefonu, zegarka-okulary sportowe(na większy chłód, więc niepotrzebnie)-2 pary skarpet-awaryjny żel TORQ-kilkanaście ciastek belvita-pełna tubka mleka zagęszczanego Regilait- i napoje: przywiozłem ze sobą prócz kilku porcji napojów TORQ(na trasę wziąłem po 1,5l energy i recovery) litr maślanki i 1,5l soku marchwiowo-jabłkowego(100% soku 😉 ), bo nie chciałem, żeby się zepsuł przez weekend. Zakładałem, że będę miał więcej czasu i spokojnie pożywię się tym i jeszcze przegryzę dwie, przygotowane w domu, kanapki z serami pleśniowymi. Ostatecznie wrzucałem w siebie ile się dało na kilka minut przed wyjściem na początek szlaku, wiedząc, że będzie trzeba zacząć bardzo powoli 😛

START – 20:00 (http://on.fb.me/1GXdekg – wideo organizatorów ze startu)
Rozpoczęliśmy na jednym z Krakowskich osiedli i przez pierwsze 1,5km śledziliśmy krok nawigatora, który miał nas wprowadzić na szlak już lepiej oznaczony. Rzeczywiście, kilkanaście minut i wbiegliśmy na słabo oświetloną drogę szutrową i stawka zaczęła się trochę przerzedzać. Ja założyłem sobie, jak zwykle, że truchtam tylko na zbiegach i ew. po płaskim, a podejścia mocno, ale marszem. Zawodnicy mieli różne strategie, toteż po kilku kilometrach trzymałem się w okolicy 15 miejsca utrzymując równy krok z miłą parą z pieskiem. Było sucho i dość ciepło – całkiem przyjemnie. Po jednym z asfaltowych podejść napierałem już sam i w Ojcowskim Parku Narodowym pierwszy mały stresik nawigacyjny. Nie zauważyłem zejścia z asfaltu(namalowanej szprajem strzałki na drodze) i na chwilę zniknęły oznakowania czerwonego szlaku. Szybko przedzwoniłem do organizatora i skorygowałem błąd. Parę metrów nadrobiłem, ale po kilku minutach dostrzegłem czyjąś czołówkę i upewniłem się gdzie szlak schodzi do lasu. Tam, oczywiście, drobinki wody mocno pogarszały widoczność ale podchodząc nie jest to wielki problem. Niestety nie pamiętam, czy spotkałem kogoś jeszcze do pierwszego PK w Pieskowej Skale.

PK I (ok. 24km) – 3h20min
Wydaje mi się, że tam usłyszałem coś o 11 pozycji, więc byłem zadowolony. Kilku nas było na punkcie, ale nie miałem zamiaru tam za długo zostać. Zjadłem garść rodzynek, kilka ciastek do łapy i do przodu. Tutaj sok marchwiowy był już wypity i leciałem z bidonem(TORQ Energy) w dłoni. W drodze do PK2 spotkałem dwóch solidnych zawodników i przez pewien czas, między polami, wlekliśmy przez kilkadziesiąt minut w gęstym błocie uważając, by w ciemnej mazi nie zostawić buta. Stopy mocno zmokły na wysokiej trawie i zaczęły porządnie puchnąć. Następnie na chwilę się urwałem, ale gdy wśród szkółki iglaków nie mogłem się połapać z trasą, poczekałem parę minut na chłopaków. Na 2km przed punktem zrobiliśmy rundkę w okół ronda w poszukiwaniu szlaku i do drugiego PK w Rabsztynie dotarliśmy w grupce 3-4 osobowej.

PK II (ok. 44km) – 6h39min

Tu już, nie wiem dlaczego, zegarek nie zapisywał śladu na mapie. Podejrzane było, że nagle właściwie przestał używać baterii, ale wszystkie pomiary funkcjonowały i nie spodziewałem się czegoś takiego. Dlatego od tej pory nie wiem z jakim dokładnie czasem dotarłem na kolejne punkty, ale po wykresie kadencji mogę to dostrzec na tracku z dużą dokładnością. Znów przegryzłem garść rodzynek, założyłem na palce okrągłe ciastka, dolałem do bukłaka trochę wody i, już w pojedynkę, ruszyłem dalej. Tu po raz pierwszy obiło mi się o uszy, że ktoś tam był trzeci, ale zgodnie z zasadą, że ściganie zaczynam najwcześniej po połowie, starałem się tym w ogóle nie zajmować. Do kolejnego punktu nic specjalnego się nie działo. Trzymałem równe, spokojne tempo i bez błędów nawigacyjnych dotarłem do „trójki”.

PK III (ok. 59km) – 8h37min
Zamieniłem parę słów z Panem obsługującym punkt i dowiedziałem się, że idę na trzeciej pozycji ze stratą ponad dwóch godzin do lidera i ok. 50min do drugiego. Całkowicie zburzyło mi to plany, bo bardzo trudno w takim momencie nie myśleć o atakowaniu kolejnych pozycji, a potrzebowałem jeszcze ok. 40 mocnych, ale spokojnych kilometrów, żeby się zacząć bawić w ściganki. Na szczęście udało się zachować chłodną głowę. Na kolejnym etapie zaczęło się przejaśniać i do Podzamcza doleciałem już przy świetle wędrującym zza chmur, ale już słonecznym.

PK IV (ok. 79km) – 12h20min

Na punkcie odżywczym znów dolałem do bukłaka trochę wody, zjadłem rodzynki, wziąłem ciastka i tym razem jeszcze banan. Już z bardziej spokojnym sumieniem zapytałem o stratę do poprzedzających mnie zawodników – trochę nadrobiłem. Upewniłem się też co do nawigacji do piątego punktu, o którym była mowa na odprawie. Ponadto wciąż miałem z tyłu głowy myśl o tym „czwartym”, który może być za mną ze dwie godziny, a może być i 10min. Przerwa trwała z 5-6min i poleciałem dalej, tym razem przez las. Szlak prowadził po drodze prawie pustynnej. Prawie, bo gruba warstwa piachu była zwilżona deszczem, który niedawno tamtędy przemykał. Na tym odcinku straciłem sporo mocy i prędkości, ale podejrzewam, że nie tylko ja. Po prostu nie dało się obejść tej wydmiastej ścieżki. Trwało to dobrych kilka kilometrów. Kiedy pod nogami trochę się utwardziło spróbowałem potruchtać. Śledziłem ścieżkę prosto i przegapiłem zakręt szlaku. Trochę frustracji i 300m dołożone. Żeby nie było zbyt dobrze, to wtedy poczułem pierwszy przeszywający ból w stopie. Czułem, jakby skóra na śródstopiu powoli pękała i nie był to martwy naskórek. Nie było mowy o zdejmowaniu butów. Tak już musiało zostać, ale na szczęście po kilku minutach ból zesłabł. Na osłodę, po wyjściu z lasu, czekało kilka podejść pod przepiękne, zamkowe wzgórza:

IMG_4230

Tam spotkałem spore wagony wycieczkowe. Młodsi ludzie i starsi w zorganizowanych grupach spacerowali beztrosko pomiędzy wapiennymi skałami. To był jeden z bardziej przyjemnych fragmentów całej wyprawy. Po chwili zejście w las i za moment punkt nr 5 z szefem imprezy jako gospodarzem.

SOG 5PK
fot. Stowarzyszenie Rajdy Vejra

PK V (ok. 99km) – 15h31min
Tu czekał porządny, ciepły posiłek w postaci makaronu z brokułem i serem popijany gorącą herbatą. Trochę pogadaliśmy i dowiedziałem się, że czołówka nieznacznie uciekła. Do pierwszego brakowało 2h40min, a do drugiego prawie 1h. Jak co punkt, dolałem do bidonu trochę izotonika i ruszyłem dalej. To był, oczywiście, najdłuższy postój i trwał ok. 11min. Na kolejnym etapie walczyłem z psychiką, bo nie mogłem zdzierżyć drących się przy każdym mijanym płocie kundli. Do punktu trasa była prosta, łatwa i przyjemna. Po drodze, w Niegowej, kupiłem i wypiłem prawie na miejscu na miejscu 0,5l coli(nie było małej fanty) i do „szóstki” wszystko byłoby bardzo dobrze, gdyby nie te psy. Nie zrozumcie mnie źle. Lubię zwierzęta i rozumiem, że mają różne charaktery, temperamenty. Te po prostu były jakieś wściekłe i przechodząc przez kolejnych 7 wiosek prawie w każdej musiałem odganiać zza pleców jakiegoś 30-centymetrowego, drącego się z całych sił wojownika. Ucieszyłem się na powrót między drzewa. Do PK6 praktycznie bez błędów.

PK VI(ok. 117km) – 17h59min

Długo tam nie siedziałem. Garść rodzynek, parę łyków wody do bukłaka i w trasę. Strata była spora, ale się nie zwiększała, więc myślałem już o pewnym dowiezieniu podium do mety. Gdzieś tutaj miała miejsce wrzutka na Twittera. Mało pisałem i w ogóle praktycznie nie używałem telefonu, bo się nie dało! 😛 Miałem prawie bez przerwy mokre dłonie i ekran telefonu od deszczu i tak naprawdę nic suchego na sobie.IMG_4233

W drodze do ostatniego Punktu Kontrolnego przed metą starałem się już szacować prawdopodobny czas na mecie. Od początku celowałem w wynik poniżej 24h, ale w tym momencie wiedziałem, że by złamać dobę musiałbym pójść idealnie nawigacyjnie i bardzo mocno tempowo lub postać rzeczy mógł zmienić błąd techniczny pomiaru trasy. W każdym razie byłem na granicy założenia. Mniej więcej w 3/4 drogi do Olsztyna, na szutrze między polami dopadł mnie drugi szał receptorów bólowych w stopie. Do końca trasy nie stawiałem już prawej nogi normalnie. Po kilku minutach ból trochę ustąpił, a ja się tylko zastanawiałem ile krwi zdążyło już się wpić w skarpetę(to, oczywiście, bzdury, ale tak działają „kalafiory”). W samym Olsztynie pokręciłem się z 3min w poszukiwaniu oznakowania trasy, aż w końcu przechodnie podpowiedzieli mi w którą stronę Zamek(=SOG). Niedługo po tym spotkałem młodzież obsługującą kolejny, ostatni PK na trasie.

PK VII(ok. 136km) 21h37min

Bidon wypełniony TORQ Recovery i po kilku minutach postoju wyszedłem na ostatni etap. Dość długo prowadził jedną główną drogą, więc nie było z niczym problemu. Dało się spokojnie truchtać bez strachu przeoczenia zejścia szlaku. Zanim jednak wbiegłem między drzewa na ostatni leśny, 6km odcinek słońce dawało już znikomą ilość światła, co skutkowało przeoczeniem ważnego znaku na drzewie. 200-300m więcej. Już z czołówką na głowie wszedłem w teren Rezerwatu Zielona Góra i tam się działy jakieś cuda. Organizator, bynajmniej, nie brał w tym udziału. Otóż naturalnego światła już nie było, para zaczęła się skraplać i osiadła mgła. W rezerwacie nie było jednej, w miarę prostej ścieżki, którą prowadził szlak. Trzeba było się bez przerwy rozglądać w zakresie 150 stopni, żeby dostrzec kolejne, ledwo przebijające przez mgłę oznakowania szlaku. Tutaj bardzo brakowało wstążek ułatwiających nawigację i to jedyny konkretny minus, jaki mógłbym wpisać na konto Orgów. Sprawy nie ułatwiała dziwnie obrysowana w tym miejscu mapa. Wg niej w lesie były 3 ostrzejsze zakręty, a w rzeczywistości było ich co najmniej 2 razy więcej. Po wyjściu z gęstego lasu napierałem już w kierunku łuny wyłaniającej się znad korony trzew. Było już całkiem ciemno, kiedy wszedłem na większą, miejską już jezdnię w Częstochowie. Wtedy runął deszcz. Byłem dobrze rozgrzany, czułem się całkiem nieźle, więc się nie przejmowałem. Lało tak kilka minut, aż zdecydowałem się powiedzieć zdanie, którego później nie mogłem odżałować: „Jestem teraz w tak dobrej dyspozycji, że może sobie lać nawet mocniej!”. Nie musiałem długo czekać na odpowiedź. Zwykle ulewy nie trwają długo, ale to się ciągnęło już dobre 20min. Na mapę zerkałem już tylko pobieżnie, żeby zobaczyć ile zostało. Niestety. Nie dostrzegłem zmiany rodzaju nawierzchni w pewnym istotnym momencie, więc spodziewałem się trasy wciąż po asfalcie. Wstążek nie było, a ja znalazłem się przy końcu ślepej uliczki zlewany litrami wody na minutę. Znacznie zwolniłem, więc było zimniej. Spróbowałem na zegarku włączyć opcję rysowania trasy z powrotem, by zobaczyć, czy przypadkiem nie wywinąłem jakiejś pętelki, ale akurat nie było możliwości złapać sygnału GPS. Dostrzegłem za szybą w pobliskim budynku jakiegoś ochroniarza, więc krzyknąłem z prośbą o pomoc. Jedyne czego się dowiedziałem to to, że nie byłem w miejscu, w którym być chciałem. Nerwy zaczęły mnie zżerać, bo bałem się, że po tej całej trasie na ostatnich kilometrach stracę podium przez błąd nawigacyjny. Bez zbędnych kalkulacji zdecydowałem się cofnąć do miejsca, gdzie widziałem oznakowanie po raz ostatni. Na szczęście po drodze przypadkiem dostrzegłem strzałkę namalowaną przez organizatora. Nie było szans zobaczyć jej z odległości kilku metrów, kiedy woda na asfalcie sięgała 5cm wys. Byłem już mocno wychłodzony, deszcz nie przestawał padać, ale najważniejsze było odnalezienie szlaku. Za moment wbiegłem na ostatnią długą ulicę i po kilku km walki z ulewą, wiatrem i długim podbiegiem dotarłem do końca szlaku. Pozostało więc posłużyć się dodatkowym fragmentem planu miasta i kilkaset metrów dojść do bazy zawodów. W kilka minut byłem na miejscu i gdy dowiedziałem się, że jednak udało się utrzymać trzecią pozycję, całe ciśnienie ze mnie zeszło. Łzy cisnęły się do oczu na myśl o trudzie, jaki włożyłem w te zawody, by jednak udało się zdobyć pierwsze wyróżnienie. No i mamy happy end 🙂

Zdjęcie 18.10.2015, 08 37 21

Wielkie dzięki dla Organizatorów za tak wyjątkowe przeżycia na pięknej trasie i wszystkim, którzy trzymali za mnie kciuki. Bardzo chętnie wezmę udział w tej imprezie w przyszłym roku 🙂
Tymczasem szykuję już głowę do kolejnych zawodów! Zostańcie z Bogiem!

PS. Ostatecznie następny za mną zawodnik dotarł na metę prawię 5 godzin później. Wielkie dzięki za śpiwór dla Pana z bazy, z którym miałem okazję zamienić kilka słów. Pozdrawiam serdecznie!

Zrzut ekranu 2015-10-23 o 07.36.32
źródło grafiki: http://jasnet.pl/?m=sport&mod=publicystyka&id=38289

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s