Ciężki rok 2015(KIERAT, B7S, SOG) zakończony nieco wymuszonym, pierwszym startem za granicą – Prazska Stovka 2015. Track z pierwszej i drugiej części zawodów: http://www.movescount.com/pl/moves/move85611459 http://www.movescount.com/pl/moves/move85611497

Od września w swoich planach na rok 2017 mam start w UTMB, bo będzie to ostatnia okazja by zmieścić się w najmłodszej kategorii. Usłyszałem gdzieś, że z powodu natłoku zgłoszeń organizatorzy w ogóle nie biorą pod uwagę tych, którzy aplikowali po raz pierwszy. By mieć szanse na ten bieg za dwa lata musiałem zdobyć punkty na rok 2016, a że w 2014 nie startowałem w żadnej imprezie okraszonej punktami kwalifikacyjnymi, to musiałem je skompletować w 2015.  Bieg Siedmiu Szczytów dał ich 4, Szlakiem Orlich Gniazd również, więc do wymaganych 9 brakowało tylko jednego punkciku. Myślałem o wyjeździe w grudniu do Francji na SAINTÉLYON, ale dość skomplikowana procedura zapisów i koszt podróży skłoniły mnie ku mniej pewnej opcji – Praskiej Stówce – niepewna, bo po zmianie trasy w stosunku do ubiegłego roku nie zostały jej jeszcze przyznane punkty od ITRA. Wciąż czekamy. Relację dzielę na etapy pomiędzy punktami z elektronicznym pomiarem czasu.

Do zawodów specjalnie się nie przygotowywałem. Kilka treningów w tygodniu(w tym parę na basenie), a w weekend poprzedzający Biegowe Andrzejki z członkami Salomon Suunto Teamu w Zawoi. Parę dni później nawet sama Magdalena Łączak pożyczyła mi „powodzenia” – wiedziałem, że musi być dobrze 😉
Wyjazd do Karviny na pociąg, który o 15:03 wyruszał do Pragi.

Wszystko co miałem ze sobą na trasie(część na zdjęciu):
-kije LEKI micro trail pro (dziękuję dystrybutorowi Sportimpex, który wspiera mój projekt „Iron Erfel: kije w ultra – co? jak? dlaczego?” – zapowiedź w ciągu najbliższych 2 tygodni).
-1,5l Energy TORQ, 1l Recovery TORQ, kilka bananów i batonów musliZdjęcie 04.12.2015, 13 26 50-buty Brooks Cascadia 9
-plecak INOV 8 race e-lite 20l
-czołówka Petzl myo rxp
-dres dobsom R90
-bluza termo z długim rękawem Brubeck DRY
-2 szalokominiarki
-zwykła, bawełniana bielizna

W pociągu dowiedziałem się, że zniżka dla studentów, o której pisano na stronie przewoźnika LEO, obejmuje wyłącznie czeskie uczelnie wyższe, więc musiałem dopłacić 120 koron. Mimo to nie była to droga podróż, bo w obie strony kosztowała ok. 150zł. Wyjeżdżając z domu obawiałem się problemów z dotarciem do Berouna(30km od Pragi) na start i zrozumienie orgów na odprawie. Na szczęście zaczepiony przeze mnie na dworcu Czech w zgrabnej kurtce Salomona wybierał się tam gdzie ja i dodatkowo znał j. angielski. Do biura, bazy zawodów dotarliśmy bez problemu i około 21:30 zacząłem szykować napoje i ubierać biegowy strój. DSC05912
Zapowiadana odprawa się nie odbyła, więc odebrałem pakiet startowy(dwie kartki A4 z opisaną trasą i kartę do zaznaczania
mazakiem osiągniętych punktów K*), spakowałem do reszty i 20min rozciągania . Podnosząc plecak przed wyjściem z na start dostrzegłem plamę wody na podłodze – bukłak przeciekał… Miałem już podobne doświadczenie podczas BUTa w 2013r., kiedy to przed Babią Górą(ok.110km do mety) poczułem dziwny chłód na plecach. Wtedy ciekło mocno, bo plecak był mokry na połowie wysokości. Tu nieszczelne stało się klejenie „worka” z zaworkiem. Nie szedłem po żaden rekord, więc nie musi wszystko przebiegać pomyślnie.

START – 23:30 – Całkiem ciepło, sucho, setki biegaczy na starcie – brać w tym udział to sama przyjemność. Pierwsza część trasy to pętla w okół Berouna – ok. 60km, przepak.
Zacząłem jak zwykle spokojnie, oswajając się z okolicą i oznakowaniem trasy. Nawigacja była jedyną poważną wątpliwością przed tym startem. W zegraku miałem ślad GPS z trasy, ale organizator polecał nie traktować go w 100% poważnie. „Strzałek” było jednak całkiem sporo, co dobrze prognozowało na przyszłość.
Na pierwszym szczycie minęliśmy kamienne wieże, przy których powieszone były 2 strzałki oznakowania: w prawo i w lewo. Poleciałem za tłumem, ale nie wiedziałem o co chodzi. Truchtając z górki pytałem czy ktoś zna angielski i mógłby wytłumaczyć co to znaczyło. W końcu jeden pan odpowiedział, że to pewnie jakaś zwykła pomyłka. Było to całkiem prawdopodobne.

Na pierwszym punkcie żywieniowym na tacy podano ciasto piernikowe, babkę i owoce.
Na pierwszym punkcie żywieniowym na tacy podano ciasto piernikowe, babkę i owoce.

K2 – 12km: 1h33min, 82poz – W wielu miejscach pod podeszwą ślizgały się liście zmieszane z błotem, toteż podejścia łykałem równym, mocnym krokiem na spokojnym oddechu, a zbiegi lekko i ostrożnie. Stawka się trochę rozrzedziła, ale wciąż było od kogo „uciekać” i kogo „gonić”, co znacząco ułatwia utrzymanie odpowiedniego rytmu, tempa. 12km zleciało dość szybko.

v13717_atlasceska
Vraní skála(536m n.p.m.) – atakowaliśmy w nocy. Mocno wiało, ale nikt się nie rozpychał, więc spokojnie i bezpiecznie zdobyta.

K7 – 38km: 4h41min, 38poz – Na tym odcinku dużo się działo, co też widać po przeskoku w klasyfikacji. Wiele pozycji udało mi się zyskać bez nadmiernego wysiłku na dwa sposoby. Tu po raz pierwszy bardzo ucieszyłem się, że mam ze sobą kije(pierwszy raz na zawodach). Na bardzo łagodnym i mocno zabłoconym podejściu szedłem z 4 punktami podparcia praktycznie swobodnie, normalnym tempem, kiedy inni ślizgali się tracąc czas i siły na walkę o utrzymanie równowagi. Kolejne kilkanaście pozycji zyskiwałem na podejściach – tu chyba po prostu byłem mocniejszy i pracując równym, długim krokiem bez trudu mijałem kolejne zadyszane osoby.
Z pewnością na długo w pamięci pozostanie mi podejście na Wronią skałę(Vrani Skala), która tak wygląda za dnia i chyba cieszę się, że wcześniej zdjęć szczytu nie oglądałem 🙂

W każdym razie, im dłuższe było podejście tym lepiej dla mnie. Niestety(dla mnie w klasyfikacji) to nie są wysokie góry i zanim rywale zdążyli się dobrze zmęczyć, to już trzeba było zbiegać.
Punkt pomiaru był w restauracji, gdzie poczęstowano nas zupką(wybrałem warzywną) 🙂
Zdjęcie 13.12.2015, 12 02 27

K14 – 60km: 7h43min, 30poz Do półmetka jeszcze ze 2-3 razy wypiłem po kubki kofoli, zjadłem kilka bananów i kromek białego chleba z żółtym serem i kiełbasą – to było moje Super Food na te zawody 🙂

Pamiętam długi, lekko nachylony zbieg, na którym udało się fajnie podkręcić tempo(chciałem ukończyć w czasie <20h). Przez jakiś kilometr leciałem z jakimś panem zmieniając się na przodzie jak w teamie kolarskim – to pozwoliło uspokoić tętno, jednocześnie zachowując dobrą prędkość. Na ok. 56km po zapisaniu kratki z K12 straciłem dobrych kilka minut na znalezienie trasy. Gałąź ze strzałką leżała złamana na ziemi, a dookoła pole uprawne i żadnej ścieżki. Zegarek już tam padł(mocno żre baterię w trybie prowadzenia po śladzie, nawet bez pasa HR), więc zaczekałem na grupkę, która za mną napierała. To było jakieś 40min przed świtem i osiadła gęsta mgła, co ograniczało widoczność do kilkudziesięciu metrów. Na szczęście mieli jakąś nawigację garmina i po śladzie znaleźliśmy kolejny znak jakieś 200m dalej. Pozostało kilkanaście minut do K13 i 2-3km dalej półmetek i przepak. Dochodząc do K14 znów mijałem wieżę z początku pętli i wtedy zrozumiałem dlaczego były tam strzałki w dwa różne kierunki. Po prostu początek i końcówka pętli miały ten sam przebieg.
Schodząc do miasteczka Beroun mijałem dziesiątki osób wychodzących już z powrotem na szlak, co sugerowało, że klasyfikują się przede mną… to by znaczyło, że jestem poza pierwszą setką i że szybciej napierali osoby w traperach z plecakami po 30l. Byłem tak zmieszany, że w to uwierzyłem, co trochę mnie mentalnie podcięło.
Wchodząc do szkoły(bazy zawodów, miejsce startu i przepaku) bałem się, bo od K12 nie widziałem punktu K13. Pomyślałem, że skoro szedłem po śladzie i co chwilę zaglądałem na mijane drzewa w poszukiwaniu kartki i flamastra, to może orgowie go z jakichś powodów odpuścili. Pytałem o to w bazie i jak już w końcu znalazłem kogoś, kto zrozumiał angielski, to dowiedziałem się, że punkt był, ale jeśli mam zapis GPS z zegarka, to nie ma problemu i po zawodach potwierdzę, że szedłem po trasie. Kłopot w tym, że zegarek padł mi 7-8km przed tym miejscem… Na ukończeniu i zdobyciu punktów do UTMB zależało mi znacznie bardziej niż na czasie, więc po załadowaniu kolej porcji Energy i Recovery TORQ ruszyłem w dalszą drogę – czyli z powrotem w poszukiwaniu K13. Na szczęście akurat minąłem poznanego przed startem, mówiącego po angielsku Czecha, który dokładnie powiedział gdzie go szukać. Nadrobiłem niewiele, bo ok. 2km, ale za to dość stromych 😉

WNID6161
K14, 60km; przepak, czyli dopełnienie bukłaku, wymiana butelek z Energy i Recovery oraz dołożenie banana. Mimo błędu z K13 samopoczucie ok. Współpraca z kijami coraz lepiej, ale to chyba widać 🙂
XYJV8010
7:24 więc Słońce już wzejdzione 😛

K19 – 85km: 12h00min, 32poz Całkiem jasno i całkiem ciepło. Trasa prowadziła ścieżką przez bardzo ładny las w tym kilka mniejszych i większych podejść. Co kilka minut mijałem grupę mężczyzn na polowaniu ze strzelbami ubrani w moro i pomarańczowe kamizelki. To było ciekawe urozmaicenie 🙂

Zamieszczony filmik był nagrany podczas tych 25km. Mijając kolejne osoby w bardziej trekkingowym niż biegowym odzieniu zrozumiałem skąd się wzięła ta horda wychodząca z mojego półmetka i jak należy czytać te kartki z opisem trasy na poszczególnych etapach. Ci ludzie po prostu szli na 53 lub 70km. Nie miałem pojęcia, że rozgrywanych jest tam aż tyle konkurencji 😀 To znaczy, że niepotrzebnie troskałem się na półmetku o swoje tempo. Dalej nie wiedziałem gdzie w klasyfikacji jestem, ale o to byłem spokojny, bo leciałem z dobrym czasem.
Do punktu przepychałem się z silnym kryzysem i trwało to praktycznie do samej restauracji, gdzie dostaliśmy 2 bułki z masłem, serem i „szynką”. Wypiłem puszkę coli, zjadłem i ruszyłem dalej.

BSXM9384
Owe bułki z colą, które dźwignęły organizm i morale mocno w górę.

K23 – 95km: 14h29min, 31poz Około 2km po wyjściu z restauracji lekko zamotałem się z trasą, przez co dołożyłem kilkaset metrów. Znak był zasłonięty przez jakąś ciężarówkę i nie zauważyłem zejścia z jezdni na małą ścieżkę. Chwilę później rozpoczął się bardzo przyjemny zbieg w pięknej, jesiennej aurze. Myślę, że tu już potrafiłem dobrze wykorzystać walory kijów LEKI micro trail pro. Na tych 10 kilometrach właściwie wcale ich nie chowałem. Zbiegając po śliskich, zabłoconych liściach pomagały utrzymać balans i pewność kroku, a na podejściach, przede wszystkim, ułatwiały zachować odpowiednią postawę przy mocnym tempie. Utkwiło mi w pamięci kilka kilkuset metrowych podejść, gdzie mijałem kilku zawodników, ale nie miałem pojęcia, czy lecimy w tych samych zawodach. Załapałem się na parę ładnych zdjęć, za które bardzo dziękuję świetnemu fotografowi Jiří Januška(http://www.jirijanuska.com).

Na kolejnym pomiarze(K26-restaurance) spodziewałem się ciepłego posiłku i możliwości dokupienia coli lub kofoli, więc końcówka bardzo przyjemna 🙂 Jedząc zupę w pełnej turystów restauracji zaczepił mnie siedzący obok pan pytając, czy jestem Rafał Majchrzak(w czeskiej wymowie). Kiedy potwierdziłem powiedział, że akurat przegląda wyniki w internecie i aktualni jestem na 31 pozycji. W ten oto sposób dowiedziałem się, że można było śledzić na bieżąco nasze poczynania w sieci. Lepiej późno niż wcale 😀 Byłem bardzo zadowolony. Dobrze jest wiedzieć, że jest kogo gonić i komu uciekać i nie tylko po to, by wycisnąć z siebie 100%, ale by po prostu było o czym myśleć napierając. Ileż można liczyć oddechów i skupiać całą uwagę na stawianych krokach… 😛

K26 – 113km: 16h44min, 31poz Pojadłem, napełniłem bukłak i zaopatrzyłem się w 0,5l kofoli. Aura wciąż przepiękna, ale to za chwilę zupełnie straciło znaczenie. Od restauracji/punktu łagodnie zbiegaliśmy asfaltem w jakby wąwozie pomiędzy stromymi szczytami à la Góry Stołowe. Kierowaliśmy się w stronę najwyższej z nich, ale próbowałem sobie wmówić, że to niemożliwe, by chciano nas aż tak zgnębić. U podnóża góry spojrzałem na zegarek i zobaczyłem trasę prowadzącą okrężnie w stronę szczytu… No nic. Idziemy.
Podejście śliskie i dość strome, za to widoki zapierały dech w piersiach.

Svatojánská skalní stěna(398m n.p.m.)
Svatojánská skalní stěna(398m n.p.m.)

Niewiele pamiętam z dojścia do 113km. Wiem, że mijałem się co chwilę(raz ja podbiegłem, raz one) z parą gadatliwych Czeszek. Starałem się maksymalnie pracować nad oddechem i wydłużeniem kroku. Na podejściach, prostując kolano czułem przeskakujące i bolące już ścięgno w okolicy gęsiej stopki, przez co trochę inaczej pracowałem prawą nogą na bardziej stromych zboczach.
Dochodząc do restauracji, czyli K26 miałem pierwszą i ostatnią konkretną halucynację. Było jeszcze całkiem widno. Schodząc ulicą do miasteczka, w którym miał miejsce ostatni elektroniczny pomiar czasu szukałem strzałek z oznakowania i docelowo kartki z napisem „K26”. Zobaczyłem je przy jakimś budynku restauracji i kiedy podszedłem bliżej zdałem sobie sprawę, że to logo tej jadalni i graficznie nie miało nic wspólnego z białą kartką A4 z czarnym napisem. Szukałem dalej i po chwili znalazłem. „Odbiłem” nadajnik przy maszynie i bez jedzenia poleciałem dalej. Miałem jeszcze w kieszeni 2 żele TORQ, dość dużo wody i trochę Energy. Do końca 17km, więc nie bałem się już o zapas energii.

CIL – 130km: 19h36min, 29poz Niedługo po wyjściu na ostatni etap wyprawy „zgasło” naturalne światło i do końca trzeba było już śmigać z czołówką na głowie. Na starcie założyłem miałem całkiem nowy komplet alkaicznych baterii, więc nie było strachu przed ciemnościami 😉 Czułem się bardzo dobrze, a że im bliżej Pragi, tym podejścia były niższe, to czasem pozwalałem sobie je połknąć truchtem podpartym kijami. Do pierwszego potwierdzenia obecności w Pradze było już całkiem ciemno, ale czasowo mieściłem się w optymalnym założeniu, więc pozostało się nie zgubić i spokojnie dotrzeć do mety. Parę km przed metą ciekawy fragment trasy prowadził torami. Kilka mniejszych podejść, zbiegów i w końcu osiedle. Znowu nie dostrzegłem przedostatniego K32(kilometr przed metą), ale tym razem zegarek pracował, toteż nie bałem się o zaliczenie przebytej trasy. Tak też było na mecie.
Wbiegłem do szkoły, gdzie rodziny zawodników i organizatorzy bili brawa kończącym trasę. Bardzo miłe przyjęcie, wręczenie dyplomu i pora na kolację, piwko, kąpiel i sen 🙂 Następnego dnia czułem się bardzo dobrze, więc po zaopatrzeniu w pobliskim Kauflandzie w Studencką Czekoladę zrobiłem sobie spacerek do centrum, by poznać trochę stolicę przed powrotem do domu.

To była już 22 edycja Praskiej Stówki. Nie wiem jak było wcześniej, ale ja oceniam tę imprezę w skali 1-10 na dobre 7 przede wszystkim za szalenie dobrą cenę(95zł w dniu zawodów), dobre oznakowanie trasy i bardzo przyzwoicie zaopatrzone punkty.
Czas poniżej 20h z dobrą nawigacją i samopoczuciem – założenia spełnione, ale pełni szczęścia doświadczę, jak ITRA potwierdzi punkty za ukończone zawody 😉 Wyniki: http://2015.tonerman.cz/p7.html

Bardzo dziękuję dystrybutorowi kijów – Sportimpex https://www.facebook.com/SportimpexPPHU, który wspiera mój projekt „Iron Erfel: Kije w ultra – co? jak? dlaczego?”(więcej info wkrótce)

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s