KIERAT 2016 to zawody dla mnie wyjątkowe pod wieloma względami.
Zaczynając od tego, że po raz pierwszy startowałem na dystansie ultra w butach minimalistycznych(5palców), poprzez fakt nie najlepszej formy już od pierwszej minuty drogi do PK1 kończąc na nadzwyczajnej pewności osiągnięcia sukcesu tj. osiągnięcia linii mety w dobrym stylu – w każdej kolejnej minucie zawodów.
Dokładna mapa: http://maratonkierat.pl/mapy/mapa16.jpg

Założenia na ten rok były, nieco uproszczając, takie:  ukończyć KIERAT 2016 w butach pięciopalczastych zachowując możliwie dużo zdrowia i komfortu psychicznego na całym dystansie 100km. W jakim stopniu udało się je zrealizować? Zapraszam do lektury 😉

Tym razem nie miałem absolutnie ŻADNYCH kłopotów z dotarciem do Limanowej na czas. Kilka minut po piątkowej kinezyterapii siedziałem wygodnie w samochodzie rozgrzewając opony o asfalt drogi krajowej nr 79. Zaparkowałem, jak się niestety okazało, w płatnej strefie B niedaleko rynku w Limanowej około godziny 16:00 i o 16:30 przeglądałem już rozmieszczenie tegorocznych Punktów Kontrolnych(PK) przygryzając ostatni posiłek przed startem – ruskie pierogi. Przeanalizowałem mapę i zaplanowałem optymalne(wg mnie 😛 ) warianty do odnalezienia każdego z Punktów.
IMG_0011

Śmignąłem na miejsce startu zamieniając kilka słów ze znajomym *** i na 10min do „strzału” byłem gotowy zmierzyć się po raz piąty z rzędu z trasą Międzynarodowego Ekstremalnego Maratonu Pieszego KIERAT.

START – 18:00[gg:mm] 
Piękna atmosfera(ponad 600 zawodników na starcie), iście letnia aura i bojowe nastawienie – tak bym określił klimat panujący o tej godzinie w Parku, gdzie od kilku edycji zaczyna się rywalizacja.
Kije w dłoń, by zadbać o stopy już od samego początku i ruszyłem w trasę. Zwykle do pierwszych 2 punktów nawigacja polega wyłącznie na śledzeniu poprzedzających osób i ewentualnym kontrolowaniu aktualnego położenia na mapie. Podobnie było tym razem, toteż po kilku kilometrach udeptywania asfaltu osiągnąłem pierwszy PK.
IMG_0019

PK1  – 19:07(limit 22:00) – 8km 250m^

„ROZPOZNANIE”
Jedną z cech charakterystycznych biegów o tej porze roku jest to, że noc zaczyna zmierzch zaczyna się dość szybko. Dlatego warto, gdy sił psychicznych i fizycznych jest jeszcze pod dostatkiem, podgonić trochę tempo i zajść jak najdalej jeszcze przy naturalnym świetle.

W drodze do „dwójki” poczułem pierwsze uciechy, kiedy to w zdecydowałem się skrócić skorygować plan przejścia i puściłem się w dół rzeki, bo po prostu wydawało się lepiej, przyjemniej. Opłaciło się i urozmaiciwszy sobie ten krótki(4km) etap po 2h11min byłem przy PK2.
IMG_0021.JPG

PK2 – 20:11(limit 23:30) – 12km 400m^

„MIĘKKO, ŁATWO I PRZYJEMNIE”
Do kolejnego odcinka napieranie oparte było już o nawierzchnię bardziej przychylną moim płaskim butom(3/4 lasu), dlatego też bez problemu udało się utrzymać dobre tempo, by po trzech godzinach osiągnąć stok góry Kostrza. Mylnie wierzyłem, że tu będzie miał miejsce pierwszy wodopój, dlatego wypiłem prawie cały zapas wody przed dotarciem. Zreflektowałem się jednak na tyle szybko, że resztki wystarczyły jeszcze na kolejny odcinek.

Tu jest dobry moment na prezentację sklejki filmików, które nagrywałem co jakiś czas od trzeciego PK 🙂

 

PK3 – 21:08(limit 01:00) – 17km 520m^

„LAS O ZMROKU”
7km – taki dystans (wg. trasy obranej przez budowniczego trasy!) dzielił mnie od kolejnego przystanku. Tu nawigację utrudniał już solidny zmrok i nieoczywiste warianty. Większość odcinka napierałem z grupką 5-6 osób, jednak w pewnym momencie zaryzykowałem wejście w las i atak na azymut. Trochę dodatkowych emocji absolutnie nie zaszkodziło. Całkiem dziki instynkt pozwolił bez problemu zgramolić się ze stromego zbocza, przekroczyć rzekę i szybko wleźć po zboczu Grodźca do „Żółwia”. Do tej pory dołożyłem tylko kilkaset metrów względem optymalnej trasy i wyrobiłem prawie 5h zapasu do limitu. Czułem się dobrze. Nawet bardzo dobrze, ale noc dopiero się zaczęła…
IMG_0027 (1).jpg

PK4 – 22:53(limit 03:00) – 24km 750m^

„”NA SUCHO” PRZEZ RZECZKĘ”
Jedyną racjonalną opcją wyjścia w stronę kolejnego Punktu było strome zejście z Grodźca i przeprawienie się przez dość szeroką rzeczkę(Tarnawka). Problem był w tym, że „wychodzona” w trawie ścieżka prowadziła w miejsce, gdzie jedynym sposobem znalezienia się na drugim brzegu było wejście do wody. 7-8 osób zastanawiało się tam: „wejść w butach? bez butów? może ułożyć ścieżkę z kamieni?”. Intuicyjnie czułem, że niedaleko wzdłuż brzegu musi być miejsce na inne rozwiązanie. Byłem pewien, że liderzy zawodów nie bawiliby się tu ze zdejmowaniem butów, a wejście w nich do wody byłoby rozwiązaniem godnym debiutanta, a nie, w tym wypadku, ultrasów pokroju Krzysztofa Dołęgowskiego.
Śmignąłem przez małe krzaczki wzdłuż koryta rzeki i za 25-30m znalazłem to, co chciałem – nieco płytsza woda, kilka większych kamieni i węższa „gardziel”. Hop! Hop! Hyc! Śmig! i byłem po drugiej stronie. Nikt za mną nie poszedł, dlatego po chwili mijałem rozbawionych nocną przygodą piechurów suszących stopy.

W dalszej części postanowiłem kierować się główną drogą, przez co dołożyłem trochę dystansu względem trasy wzorcowej. Toteż na PK5, gdzie teoretycznie był 30km dystansu, zegarek pokazał mi 34,83km.
Przyznam, że ten Dwór z XIXw. nie zrobił na mnie jakiegoś super wrażenia. Może dlatego, że nie był zbyt dobrze oświetlony(jeśli dobrze pamiętam, to w ogóle nie był oświetlony 😛 )
Tu mogliśmy uzupełnić zapasy wody, więc wlałem wody do butelki i ruszyłem w trasę…

PK5 – 00:31(limit 05:00) – 30km 880m^

„HALUNY WELCOME TO”
Do „szóstki” jeszcze całkiem ciemno. Jak się okazuje nie obrałem najlepszego wariantu, ale dołożyłem nie więcej niż kilometr, ale miałem pewność w każdej chwili gdzie jestem, jak daleko od punktu.

Na tym asfaltowym odcinku zdałem sobie sprawę, że mimo, iż jest to mój piąty KIERAT z rzędu i nie lecę w tempie na rekord życiowy, to dalej jest porządne górskie ultra. Przemierzając kolejne kilometry drogą przez Bojańczyce, Krzesławice conajmniej kilka razy zdarzyło mi się przebudzić wchodząc na trawę na poboczu drogi. Po prostu dookoła było tak cicho, a idąc po płaskiej jezdni droga dłuży się niesamowicie. Normalnie przysypiałem w marszu.

Na ostatnim, dwukilometrowym leśnym podejściu doświadczyłem dosłownie paru halucynacyj. Patrząc przed siebie w miejscu liści okolicznych drzew widziałem podchodzących zawodników. Po kilku-kilkunastu sekundach okazywało się, że wcale nic nie mówili, bo to tylko liście skupione w nieregularne kształty.

Mimo tych drobnych, „zboczeń” udało się utrzymać zapas czasu docierając do PK 🙂

IMG_0031 (1).jpg

PK6 – 02:16(limit 07:00) – 37km 1150m^

„KRÓTKA HISTORIA”
O ile dobrze pamiętam, to mniej więcej w połowie drogi do kolejnego Punktu zamieniłem kilka słów z siedzącym przy przystanku zawodnikiem. Miał problem z nogami i nie było sensu kontynuować zawodów. Oczekiwał na transport znajomych. Mocno współczułem, bo decyzje o rezygnacji zawsze są trudne.

Mimo to bardzo miło wspominam tę pogawędkę. Jeśli pan czyta – proszę się ujawnić w komentarzu! Pozdrawiam! 🙂

Do Punktu doszedłem z drobną nawiązką. Na zegarku ponad 51km, a na mapie 44.

PK7 – 04:15(limit 09:00) – 44km 1320m^

„RADOŚĆ O PORANKU”
Słońce niemrawo poczęło rozświetlać łuk horyzontu po zachodniej stronie globu. Przy PK6 jakieś 10-12 osób siedziało przy rozpalonym przez wolontariuszy ognisku. Nie zostałem tam długo(max 2-3 minuty). Kiedy z niego odchodziłem pewien pan(jak się później okazało spotkaliśmy się jeszcze raz 15 kilometrów później 😀 ) rzucił do partnera ze szlaku donośnym głosem ważne słowa: „Do 50-tki idą nogi, potem głowa.” Coś w tym jest, choć wg mnie by dotrzeć do tych 50km też jednak trzeba już mieć solidnie nakładzione między zwojami 😉

Inną „prawdą objawioną” w świecie ultra jest to, że wraz z początkiem dnia do ciała człowieka docierają tęgie pokłady siły, wiary i nadziei. Stąd też wzięła się ochota na sfotografowanie piękna natury mimo trudnych warunków oświetleniowych 🙂
IMG_0038 (2).jpg
„KATASTROFA NAWIGACYJNA”
Na tym odcinku miał też miejsce pewien „incydent”. Właściwie najbardziej wyraźny i kosztowny przez te całe 25 godzin w trasie. Wyjście z „siódemki” było oczywiste. Przejście przez Zasań żółtym szlakiem również. (Tu Słońce wisiało już całkiem wysoko. Było widno)

Następnie jednak trzeba było wybrać drogę, by przedostać się na drugą stronę stromej góry kamiennik. Nie widziało mi się podchodzić przecinką pionowo, więc wybrałem podejście żółtym szlakiem, który co prawda prowadził na szczyt, ale jednocześnie prowadził mocno w stronę Punktu i był stosunkowo łagodny. Tu nastąpiło pierwsze poważne nieporozumienie z mapą, bo zgubiłem żółte oznaczenia po kilku minutach mimo, że w tym momencie wydawało się to niemożliwe.
Zaimprowizowałem atakując jakimiś przecinkami z mocnym nachyleniem. Jak teraz patrzę na zapis GPS, to wyszedłem na tym i tak całkiem dobrze. Najgorsze niestety wciąż było przede mną.

Osiągnąłem grzbiet góry, więc, teoretycznie, pozostało tylko zejść w dół kierując się mniej więcej na SW i w pewnym momencie muszę wpaść na drogę, która prowadzi prosto do półmetka. Zbiegając po wyścielonym wysoką trawą, mchem zboczu minąłem ze dwie sarenki(a może to była ta sama…) i tak dotarłem do wspomnianej przed chwilą krętej drogi. Trochę mnie zdziwiło, że wszyscy idą w górę, ale pomyślałem, że może zszedłem trochę za nisko. Nie zapytałem do którego Punktu zmierzają, bo do tej pory za każdym razem zadając to pytanie słyszałem to, co chciałem usłyszeć. Wyprzedziłem kilka osób, ale po ok. 15min marszu pod górę pomyślałem, że jednak nie szkodzi się upewnić. Przyspieszyłem, doszedłem do jakąś ładną parę i wołam: „Państwo do Ósemki, prawda?”
Zatrzymali się. Spojrzeli po sobie, następnie na mnie i facet odpowiada: „Do dziewiątki.”
Spojrzałem na mapę i zrozumiałem co to się właśnie stanęło(pozdrawiam Janek L. 😉 )
Podziękowałem za informację i ruszyłem z powrotem tą samą drogą w dół…
Okazało się, że ci, którzy tak podejrzanie szli pod górę zamiast w dół po prostu kilkanaście minut wcześniej byli już na półmetku i napierali do kolejnego PK. Tak oto dołożyłem kilka km podejścia i na PK8 zamiast na zegarku widzieć 50km, to oglądałem liczbę o 12 jedności większą.

Ludzie pytali dlaczego się wracam, ale szybko nauczyłem się i odpowiadałem z automatu formułkę: „Poszedłem do dziewiątki bez ósemki.”

Różne błędy się na trasach popełniało, ale ten był, doprawdy, WYJĄTKOWY.

PK8 – 06:51(limit 11:00) – 50km 1520m^ Półmetek

W połowie dystansu samopoczucie było dość mieszane. Nie miałem, z resztą jak zwykle, ochoty na żurek z proszku, więc poprosiłem tylko o kubek kawy. Usiadłem na chwilę by ją wypić spokojnie, uzupełniłem wodę i poszedłem dalej.

Szybko opanowałem emocje po minionej wpadce nawigacyjnej. Puściłem z telefonu „Pull me under” Dreamów oraz kilka utworów z albumu „Awake”, pośpiewałem i było całkiem dobrze 😉 
Sił miałem jeszcze w nadmiarze, więc całkiem sprawnie udało się wrócić na odpowiednie tory mentalnie i w kontekście trasy.

PK9 – 08:21(limit 13:00) – 55km 1900m^

„ŚWIAT JEST MAŁY”

Na tym nieskomplikowanym, krótkim odcinku spotkałem małą grupkę. Podejście na Lubomir atakowali bardzo rozsądnie(z regularnymi, krótkimi przerwami), toteż z przyjemnością się do nich dołączyłem. Jednak dopiero po kilkudziesięciu minutach rozmów okazało się, że jeden z panów(ten w żółtej bluzie) długo mieszkał w Jastrzębiu i osobiście zna się z moim kumplem Arturem, z którym w drużynie nieraz przemierzaliśmy trasy Kieratu.
IMG_0046.JPG

Po dość ciężkim, bo w rozpoczynającym się na dobre upale, podejściu na Lubomir kilkanaście minut zejścia i bez problemów weszliśmy na PK10

IMG_0043.JPG

PK10 – 09:28(limit 14:30) – 58km 2110m^

„JOGURT, COLA I BIG-MILK”
Długość drogi do kolejnego, bogatego w ciepły żur punktu, w optymalnym wariancie wynosiła 8km. Niestety właśnie ok. 9:25 wyczerpała mi się bateria w zegarku i nie wiem którędy dokładnie przeszliśmy ten fragment. Wiem natomiast tyle, że, razem z waleczną i pozytywnie nastawioną ekipą(pozdrawiam!) zatrzymaliśmy się w sklepie w Wiśniowej by spróbować lokalnych przysmaków. Ja wybrałem zimny jagodowy jogurt activia, 0,5l zimnej coca-coli i zmrożonego loda. Tak – było ciepło 😉 Reszta brygady zaopatrzyła się głównie w zimne, słodkie, gazowane napoje. Parę osób miało już poważne usterki układu ruchu co objawiało się silnym bólem. Dobrze się złożyło, że ww. pan z Jastrzębia zawodowo pomaga w kryzysowych sytuacjach zdrowotnych i z zachowaniem odpowiednich procedur na chodniku pod sklepem sprawnie wprowadził domięśniowo jednemu z cierpiących środek przeciwbólowy.

Po jakichś 10min przerwy w cieniu z nowymi siłami ruszyliśmy w dalszą drogę.
Bez żadnych kłopotów nawigacyjnych, lekko tracąc czas do sugerowanego wg budowniczego(pewnie nie wybraliśmy optymalnego wariantu), równym i moim zdaniem dobrym tempem atakowaliśmy kolejne wzniesienia stanowiące jedną z ciekawszych atrakcji górskich zawodów.

I tak Słońcu ślącym promieniowanie z bezchmurnego nieba w niespełna 2h doszedłem do ostatniego punktu z wodopojem – PK11.

IMG_0065.JPG

PK11 – 11:25(limit 16:30) – 66km 2320m^

„ŚNIEŻNICA :D”
To był chyba najbardziej przyjemny odcinek całej wyprawy.
Na PK11 zjadłem ciepły żurek i wypełniłem butelkę zimną wodą. Całkiem precyzyjnie zaplanowałem trasę na kolejny etap, choć wg budowniczego trasy można to było skrócić jeszcze bardziej. Mimo wszystko z telefonowym kompasem w dłoni przemknąłem pomiędzy sadami, gospodarstwami wsi Szczyrzyc i niedługo potem odsłoniła się robiąca mocne wrażenie góra, która była kolejnym celem. Na jej szczycie umiejscowiono PK12.
Zaraz po wejściu do Skrzydlnej spotkałem napieracza, z którym przemaszerowałem kolejne kilometry. Doładowaliśmy się kilkoma głębokimi łykami coli, pepsi i ruszyliśmy na ostatni asfaltowy fragment przed wejściem na szczytowy szlak. Po drodze doszliśmy jeszcze dwie osoby, toteż atak rozpoczęliśmy w 4-osobowej ekipie.
Strategią na to ostre podejście było w miarę spokojne, równe tempo, by sukcesywnie wspinać się pod górę bez przerw. Kilka razy po drodze oczywiście sięgnąłem po wodę i tak po 21 minutach miękkiej wspinaczki wdrapałem się na szczyt. Bez kijów byłoby tu znacznie trudniej i dość niebezpiecznie.

Na odcinku 1,8km teren wznosi się tam o 440 metrów! Ciekawostką podaną przez budowniczego trasy jest fakt, że owy czarny szlak jest najbardzej stromym w Europie bez sztucznych pomocy(schodków, łańcuchów, poręczy).
To podejście naprawdę robi wrażenie i zostanie w mojej pamięci na długo. Coś pięknego 🙂
(filmik ze szczytu na YT)

PK12 ” – 14:08(limit 19:30) – 76km 3020^

„ZGUBIENI NA SZCZYCIE”
Zejście z tej wspaniałej „śnieżnej” góry było PRAWIE przyjemnością. Dobra robota wykonana na podejściu pozostawiła w głowie pozytywne emocje ale kosztowało to dużo pracy całe ciało. Przez połowę odcinka trasa była oczywista. Sytuacja komplikowała się przy rzece Łososina u podnóży góry Łopień. Pewne było, że muszę znaleźć się jakiś kilometr(w prostej linii) za szczytem, ale absolutnie nie chciałem się na niego wspinać.

Zaraz przed mostem ww. rzeki spotkałem parę(bardzo dziękuję za łyka Fanty i pozdrawiam! 🙂 ) piechurów i nawet we trójkę trudno nam było wybrać najlepsze rozwiązanie. Doszło do nas kilka osób i w końcu udało się wysunąć dobre propozycje. Zdecydowaliśmy się na strome, lecz krótkie podejście. Problem był jednak taki, że dominowały tam przecinki. Z przecinkami różnie bywa – tak i tym razem. Miała nas doprowadzić prosto do drogi biegnącej równolegle do poziomic. Po kilkunastu minutach marszu skręciła, rozwidliła się i nie miałem pojęcia w którym miejscu jestem. W tym momencie zdecydowałem się odłączyć i pójść korytem napotkanego strumienia. Przynajmniej wiem, że idę na szczyt i że nie trafię na zbyt mocne zagęszczenie. Lubię chodzić korytami rzek.
Po kilkunastometrowej przeprawie wyszedłem na jakąś poprzeczną drogę, ale nie wyglądała na tę, której szukałem. Za chwilę doszła mnie grupka, z którą chwilę wcześniej się rozdzieliłem. Kierując się już bardziej intuicją weszliśmy prawie na szczyt Łopienia, gdzie powinniśmy już dostrzec zielony lub czarny szlak. Nic bardziej mylnego… Jeszcze 10min krążenia po jednej ścieżce i dopiero udało się odnaleźć właściwe tory.
Szybki telefon do Krystiana celem zweryfikowania ostatnich kilkuset metrów, dwie-trzy polany i byliśmy przy PK 🙂

 

IMG_0070.jpg

PK13 – 17:14(limit 22:00) – 87km 3370^

„KRÓTKA HISTORIA”

Choć zmęczenie fizyczne i psychiczne mocno dawało się we znaki, przez co pewność podejmowanych decyzji i orientacja w terenie nie oscylowały na najwyższych poziomach, to bez kłopotu udało się zejść na azymut do głównej drogi, by zaraz potem przeskoczyć rzekę i, już w pojedynkę, zaliczyć kolejny Punkt Kontrolny umiejscowiony nieopodal szczytu Świerczek. Tam też zdecydowałem się ostatecznie by zaatakować 26h. Cyknąłem fotkę, wyjąłem bułkę i ruszyłem w trasę.

IMG_0073

PK14 – 18:14(limit 22:30) – 91km 3400^

„<26H!”
Kilka minut po wyjściu z punktu spotkałem jednego z wolontariuszy i zamieniliśmy kilka słów o samej imprezie i naszych doświadczeniach z nią związanych. W tym momencie nie liczył się żaden czas. Po prostu dobrze było z kimś porozmawiać. Niestety niemożliwym jest dla mnie przywołać tę osobę z imienia lub nazwiska, ale dziękuję!

Na ok 6km przed końcem dogonił mnie pan Dariusz Ciba i w momencie kiedy mnie mijał rzuciłem: „Zależy mi tylko na tym, żeby wyrobić się w 26 godzin. Damy radę?!” Odpowiedział, że możemy spróbować. Porwaliśmy trochę tempo, ale wg wyliczeń wciąż byliśmy na granicy i oboje wiedzieliśmy, że by dopiąć swego – trzeba przyspieszyć. Ułatwiły nam to dwie małe grupki finisherów spotkanych po drodze do ostatniego PK. Dotruchtaliśmy i minęliśmy jednych… potem drugich… i wiedzieliśmy, że tylko katastrofa mogłaby pokrzyżować nasze plany. Pan Dariusz pomknął nieco szybciej, ja nieco ostrożniej dotarłem do Kieratowego grilla przy hotelu Siwy Brzeg minutę po nim 🙂

META 🙂  – 19:44(limit 24:00) – 100km 3500^
Jest! Szczęśliwie udało się urwać kilka minut od ostatnio wyznaczonego celu. Stopy nie bolały bardziej niż po poprzednich Kieratach, ale były to zupełnie inne odczucia. Czułem dużą aktywność mięśniowych struktur stopy i podudzia. Lekka tkliwość utrzymała się kilka dni po zawodach na skórze na wysokości podstawy I kości śródstopia w miejscu, gdzie znajduje się „szlufka” do przełożenia rzepu zapinającego but(w nowym modelu ten problem jest już rozwiązany – znacznie lepszy system zapięć znany z najlepszych Salomonów) Poczułem natomiast świetną robotę skarpet kompresyjnych. Praktycznie w żadnym momencie nie miałem spuchniętych – tzw. ciężkich nóg. Zapewnił to na pewno sam kształt buta i właśnie silna kompresja INJINJI. Gdybym miał więcej doświadczenia z tymi konkretnymi butami(myślę, że ok. 8-10 tygodni więcej), to mógłbym wystartować w 100km zawodach na pełnych obrotach. Na początku września start w Krynicy(100km), więc jest o czym myśleć 😉

Chcę niezmiernie podziękować osobom, które przed, w trakcie i po zawodach okazywały mi wsparcie telefonicznie, przez internet lub bezpośrednio na trasie. To naprawdę umacnia, uskrzydla. Wiele pracy w przygotowanie zawodów włożyli organizatorzy, budowniczy trasy, wolontariusze i sponsorzy. Wam również jestem wdzięczny za tę wyjątkową imprezę 🙂

To interesujące, wymagające i bardzo wzbogacające dla mnie wydarzenie nie miałoby miejsca bez wsparcia Pana Damiana, szefa dystrybucji produktów Vibram FiveFingers i właściciela sklepu 5palcow.pl. Dziękuję za wsparcie sprzętowe, ale przede wszystkim za zaufanie i wiarę. Mimo, że, z powodu zbyt krótkiego okresu adaptacji, nie udało się wystartować w zawodach na 100% moich możliwości, to Projekt „Less heel more hills – 5palców na setkę” uznaję za udany i bardzo cieszę się, że udało mi się go zrealizować. Przez te 30 dni poznałem swoje słabe i (bardzo)mocne strony, o których nie miałbym pojęcia, gdybym nie podjął się tego wyjątkowego wyzwania.

Poza tym, 25h45min to mój 3 wynik w historii i całkiem przyzwoita, bo 188 lokata na 602 startujących 🙂 Ważne jest też kolejne 100km dołożone do KLASYFIKACJI GENERALNEJ „ZA WYTRWAŁOŚĆ” 😉

Dziękuję za uwagę i zapraszam na facebooka, instagrama i twittera po więcej o ultrabieganiu, pływaniu, odżywianiu fizjoterapii i życiu z pasją!

PS Filary zostają na blogu na dłużej 😉

IMG_0085.jpg

Reklamy

Jedna uwaga do wpisu “5palców na setkę – KIERAT2016

  1. Doczekalem sie (warto bylo) Swietne podsumowanie! Pogoda dopisala, ciekawy bylem efektow uzycia „5palcow na setke” i tu mile zaskoczenie!
    faktycznie szkoda ze nie bylo wiecej czasu do przyzwyczajenia stop. Teraz odpoczynek i plany na kolejny ultra trail? gdzie i kiedy? moze 144km, echappee belle 10900 mD+ w parze z Krystianem (Diodak)? 26 27 28 sierpien. Zorientuje sie jak z miejscami POZDRAWIAMY i dzieki za relacje!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s