Bieg Siedmiu Szczytów był najważniejszą imprezą w sezonie i porządne przygotowania od początku roku (ponad 1000km treningu) miały wnieść wydolność na poziom niezbędny do pokazania się z dobrej strony na dystansie 240km podczas Dolnośląskiego Festiwalu Biegów Górskich w Lądku Zdroju. Czy się udało? Co bolało? Czy było warto? Zapraszam do lektury.

Mądrzejszy o doświadczenia z tegorocznego Kieratu wyjazd do Lądka zaplanowałem na 16 lipca, by być na miejscu niespełna dobę przed startem i przespać się skupiając już tylko na zawodach. Drogę ok. 190km z Jastrzębia przejechałem z jednym z wolontariuszy (pozdrawiam Mateusza M.), który zabrał się ze mną za pośrednictwem Blablacara. Na szczęście(szczególnie dla niego :P) 16.07 o 22 byliśmy przy biurze zawodów. Krystian Korzański (dalej Diodak) był już parę dni na miejscu. Spotkaliśmy się przy soku na krótką pogawędkę i po 23 leżałem już pod kocem na fotelu samochodu przygotowany do snu. Tak – spałem tej nocy w aucie i podejrzewam, że mogło to mieć wpływ na moją dyspozycję, ale o tym za chwilę…

Pierwszy raz przebudziłem się raz o 5:30, następnie o 7 po czym doleżałem do 7:30 i o 8 przy dźwiękach Periphery II wypucowałem buźkę i wyszykowałem do wyjścia „na miasto” w poszukiwaniu dobrego, ciepłego i taniego śniadania. Stacjonowałem w samym centrum, więc w promieniu 200m minąłem z 5 restauracji, barów i wszystkie otwarte były od 11 lub 12. Co prawda miałem w samochodzie kefir i trochę ciemnego chleba, ale tym planowałem się posilić dzień po dotarciu na metę, jakbym nie będę mógł się ruszyć do sklepu (prorok czy co?). W końcu chwilę po 9 zajrzałem przez otwarte drzwi Polskiej Chaty i dzięki uprzejmości pań kucharek: -A ilu Was jest?
-Sam przyszedłem i tylko parę jajek bym zjadł.
-Aaa to siadaj. Nie ma problemu.
zająłem stolik z dostępem do gniazdka i już po chwili zajadałem się jajkami na maśle przygryzając chlebem z żółtym serem. Przy okazji podładowałem co trzeba (laptop, telefon, 2 powerbanki, zegarek) i po niespełna godzinie, posilony mogłem wyruszyć na poszukiwania niedrogiego marketu(potrzebowałem kilku mniejszych plastikowych butelek do przygotowania iso i białka). Sklep Dino znalazłem szybko, bez problemu i od 11 wyczekiwałem już pod drzwiami Kinoteatru na otwarcie Biura Zawodów(przewidziane na 12:00). Organizatorzy dopalali papierosy (co zrobisz…) i razem z wolontariuszami dopinali festiwalowe banery
na pobliskich murach i scenie. Niebo lekko zachmurzone, temperatura świetna do biegu, pomocnicy krzątali się pracowicie i punktualnie w południe mogliśmy już z Diodakiem wejść po odbiór pakietów startowych. Szybkie sprawdzenie obecności na liście, podpis, torba w rękę i gotowe. Pakiet zawierał: numer startowy, książeczkę informacyjną dfbg, Buff dfbg, kilka produktów od etixxa (bidon, 2 batony energetyczne, żel), 3 worki na przepaki, ulotki reklamowe i rabatowe. Wtedy rozkręcało się już miasteczko biegowe i wpadłem na pomysł by zaopatrzyć się w pasek do zapięcia numeru. Nie musiałbym dziurawić koszulki i martwić się o przepinanie w razie potrzeby założenia bluzy. 39zł i „guma” icebuga leci do torby(parę godzin później zamieniłem na pasek compressportu, który estetycznie bardziej mi odpowiadał, a cena jedna). Do startu kilka godzin, więc pozostało zjeść porządny obiad, przygotować odzienie, plecak, przepaki i ostatnia rozgrzewka. Polska Chata spisała się po raz kolejny i ziemniaki ze schabowym i surówkami zrobiły bardzo dobre wrażenie.

Na trasę przygotowałem: 3×0,7l izotonika (Torq energy) – jeden od początku ze mną, 3×0,5l białka (Torq recovery) na przepaki, ok. dwadziestu żeli i kilka batonów Torq; czołówkę Petzla myo rxp + jeden zapasowy zestaw baterii na 2 przepak; bluzę dobsom R90; kilka suchych par skarpet; bokserki brubecka (dzięki Bogu!*) 2 powerbanki (do zegarka i telefonu)
IMG_3537

Wszystko(tak myślałem) miałem gotowe na 40min przed 18, więc zostało mi spokojne pół godzinki na rozciąganie na trawce i na start(na szczęście miałem niedaleko – ok. 100m od samochodu). Widok osoby w takiej rozgrzewce musiał być tam rzadko spotykany, bo nawet Pan operator kamery poświęcił chwilę na ujęcie mnie „ciągnącego piętę do podłoża”. Może załapię się na chwilę do festiwalego reportażu.
O 17:50 znaleźliśmy się z Diodakiem na starcie i dzięki uprzejmości Renaty (pozdrawiam!) mamy wspólne zdjęcie. Na starcie stanęło trzech Jastrzębian, ale czułem, że do mety dotrze właśnie ta dwójka 😛 Na pięć minut przed „wystrzałem” ogarnął mnie niemały stres, bo dostrzegłem brak jakiejkolwiek szalokominiarki przy sobie. Szybka kalkulacja: zdążę? nie zdążę? Pognałem do auta i przebrnąwszy przez tłumy gapiów o 17:58 stanąłem, z biało-czerwoną tkaniną na nadgarstku, pod balonami Salomona w oczekiwaniu na odliczanie.
10… 9… 8… 7… 6… 5… 4… 3… 2… 1… Piotr Hercog pociągnął za spust i falanga, tabun, 189 sztuk bardzo żywego mięsa ruszyły na walkę ze swoimi słabościami na dystansach stu trzydziestu(67 osób) i dwustu czterdziestu(122) kilometrów.

Razem, start

START – [mój czas]18:00 (limit 18:30;[tyle przewagi nad limitem na danym punkcie] -0:30)

Na początek podejście na Trojak (766m). Raczej nie widziałem szaleńców, którzy ośmieliliby się tu podbiegać, choć tu nawet mógłbym ich zrozumieć. Dobrze było znaleźć sobie odpowiednią pozycję przed nie najłatwiejszym technicznie zbiegiem, bo jak ktoś został za „kijkarzem” bez umiejętności zbiegania, to mógł na zejściu stracić niepotrzebnie sporo minut, albo, ryzykownie, mijać kogo trzeba lecąc obok ścieżki. Temperatura, jak na tę godzinę, była niepokojąco wysoka i zapowiadała średnio optymalne warunki na dzień następny. Do A1 leciałem z bidonem w ręce popijając na zmianę izotonik z wodą z bukłaka. Tam nie było pomiaru czasu, ale z zegarka wiem, że dotarłem na miejsce ok. 19:30.

A1 (10km) – 19:30 (limit 20:30; -1:00) – LUZ BLUES

Dochodząc do punktu dopiłem resztki z bidonu i uzupełniłem iso z „punktowego” baniaka. Prócz tego, że było bardzo słodkie, wydawało się być w porządku, więc piłem bez wahania kiedy było trzeba. Planowałem w ciągu godziny wypić, mniej więcej, 250ml iso, zjeść jeden żel. Łyczek wody, oczywiście, co chwilę. Trasa była oznakowana tak dobrze, że zdecydowałem się schować mapę i skorzystać z niej tylko w wyjątkowej sytuacji.
Osobiście lubię napierać jak najdłużej na naturalnym świetle, ale następnego punktu były 22km, więc spodziewałem się, że dotrę już do niego z czołówką na głowie. Po drodze oczom ukazało się wiele pocztówkowych krajobrazów i w końcu w pobliżu Kowadła(punkt widokowy) zdecydowałem się zrobić zdjęcie i puścić Twitta z pierwszą informacją. Okazało się, że telefon, jak podejrzewam, od ponad godziny szukał sieci(szliśmy granicą PL-CZ) i po pierwsze nie mogłem połączyć się z internetem, a po drugie ubyło już ponad 40% baterii. Dość sporo udało się tam przetruchtać ramię w ramię z kolegą mieszkającym w Norwegii (pozdrawiam) i innym robiącym niedawno rozbiegania na 60-70km (!). Do punktu wszedłem 4min przed Diodakiem i nawet nie wiem kiedy i gdzie go minąłem(on mnie, podobno, widział 😛 ).

A2 (32km) – 22:37 (limit 1:00; – 2:23) – KRYZYS

W przełęczy Płoszczyna miałem okazję po raz pierwszy skosztować festiwalowego jedzenia. Od razu kupiły mnie arbuzy i pomarańcze(najlepsze na tym punkcie). Zjadłem też parę kawałków bananów i, nie siadając ani na minutę, ruszyłem dalej z bidonem znów wypełnionym pomarańczowym iso(tu trochę mniej słodkim). Teraz czekało nas 15km, w tym podejście na najwyższy szczyt ze wszystkich na trasie – Śnieżnik (1426m). Idąc już o zmroku co chwilę zamieniałem się miejscami z pewnym zawodnikiem, który „pocieszał mnie”, że najgorsze jeszcze daleko przed nami. Brzmiało to, mniej więcej, tak: „Śnieżnik nocą to nic, w porównaniu do dwóch niekończących się podejść na asfalcie w największym upale dnia. Tam w ubiegłym roku sam zszedłem z trasy jak i wielu innych. To, co teraz, to pikuś.” – A mnie, przy okazji tych niezwykle optymistycznych „nowości”, zaczął doskwierać dyskomfort z powodu „zacierającej się” okolicy pachwiny. Spodenki brubecka, które miałem na sobie, wyłączyły z mojego stałego stroju do ultra termoaktywne bokserki tego samego producenta. Zrobiłem w nich porządną, prawie 40km górską wyprawę w wysokiej temperaturze, więc nie spodziewałem się takich niespodzianek. Póki co, to był tylko dyskomfort, a, na szczęście, bokserki wsadziłem, w razie czego, do któregoś z przepaków. Byłem w miarę spokojny, aż do kolejnego podejścia. Szedłem z pasem HR i stale monitorowałem, regulowałem intensywność napierania. W pewnym momencie, w ciągu 10-15min gwałtownie osłabłem. To, co się wcześniej nie zdarzało – minęło mnie na wzniesieniu kilka osób bez żadnego problemu. Osoby, które sam kilka minut wcześniej wyprzedzałem trzymając swoje, równe tempo, teraz robiły to samo w drugą stronę, a ja nie wiedziałem co się dzieje – byłem coraz słabszy. Tętno w porządku, stawy nie bolą, mięśnie w porządku, a wydolność spadła jak przy chorobie. Czułem się właśnie jakbym osłabł przez jakiś wirus, gwałtownie. Miałem wrażenie stanu podgorączkowego i zaczęło mnie ciągnąć na wymioty. Pomyślałem -odwodnienie? Spróbujmy więcej iso… Wziąłem kilka głębszych łyków i było jeszcze gorzej.  Szedłem cały czas, widziałem czołówki niedaleko przed sobą i za plecami. Byłem pewien, że jeśli wydolność będzie spadać w takim tempie, to dojdę do punktu i zdrowy rozsądek każe mi nie ruszać się dalej z miejsca. Do szczytu ok. 1km. Od tego czasu już na samą myśl o pomarańczowym izotoniku ściskało mnie w gardle i po paru takich sygnałach wylałem jednym ruchem to, co kolorowego zostało w białym bidonie – to był strzał w dziesiątkę. Po kilkunastu minutach na samej wodzie i żelu czułem się coraz lepiej i już sam szczyt Śnieżnika „połknąłem” bez problemu. Całkiem przyjemny zbieg do kolejnego punktu wzbogacony był jeszcze o kilkusetmetrową pomyłkę nawigacyjną (poleciałem z jednym panem nieuważnie żwirówką, zamiast prosto przy schronisku „za strzałką”) oraz drobnymi, ale ostrymi bólami mięśnia piszczelowego przedniego(L) na wysokości kilku cm ponad kostką(myślę, że miał za mało odpoczynku po wytężonej pracy na sprzęgle podczas trzygodzinnej podróży 15.07) . To już jednak był pikuś i spokojnie, świetnie psychicznie, doszedłem do kolejnego punktu.

A3 (47km) – 1:11 (limit 5:00; – 3:49) – „CO TY TU ROBISZ?”

Tu pierwszy raz poprosiłem o plaster, by spróbować załagodzić ból powodowany drażnieniem obtartych miejsc. Wolontariusze byli bardzo uprzejmi, pomocni, więc po zjedzeniu kilku kanapek z żółtym serem, napełnieniu bukłaka wodą, bidona colą wyszedłem zaklejony na kolejny etap. Któryś zawodnik na punkcie znowu chciał wszystkich przestraszyć i powiedział parę cierpkich słów o schodach, które prowadzą na kolejną górę, którą mieliśmy na swojej drodze. W rzeczywistości, owszem, było dość stromo, ale podchodzić z poręczą pod ręką to z pewnością nic gorszego niż zwykłe górki. Ten fragment zleciał mi dość szybko i przyjemnie, bo przed i za mną było kilka osób – zawsze raźniej.
Po wyjściu z lasu trochę się stawka rozrzedziła. Do Wilkanowa sporo przetruchtałem z pewnym Panem, którego nazwiska, ni numeru nie mogę sobie przypomnieć. Przechodząc, w eskorcie Strażaków, przez DK 33 byłem już raczej sam i szybkim marszem przemierzałem kolejne trawiaste kilometry prowadzące do pierwszego przepaku. Liczyłem, że wyjmę tam z foliowej torby ulubione czarne bokserki, co, jak miałem nadzieję, usunie kłopotliwy ból obtarć.
Niestety. Wyjąłem powerbank, 0,7l energy, 0,5l recovery, suche skarpetki i kilka owocowych żeli. Bielizny brak. Cała wiara przeniosła się na Przepak 2.

Od jakiegoś czasu mam zasadę, że, podczas ultra, do połowy dystansu, w ogóle nie zajmuję się wynikami, pozycjami i chcę tylko, idąc swoim tempem, mieścić się w limicie. Zacząłem jednak przez chwilę kombinować, jak, ku mojemu zdziwieniu, na punkt, kilka minut za mną wleciał Diodak. Przywitał się ze mną jak zwykle miłym, żwawym okrzykiem: „Nie spać! Napierać!”, na co ja odparłem siedząc osłupiale: „Co Ty tu robisz?!”. Naprawdę nie widziałem kiedy mijałem go po drodze i autentycznie nie wiedziałem co się stało, że był za mną. Spieszył się, pakując, znacznie bardziej ode mnie, więc postanowiłem tylko zapytać czy wszystko gra, na co rzucił krótko zdecydowane: „Nie.”. Wyglądał dobrze, więc spodziewałem się zwyczajnej pomyłki nawigacyjnej. Naładowałem plecak i kilka minut po nim ruszyłem dalej.

A4(64km) – 3:45(limit 8:00; -4:15) ROSÓŁ I PIEROGI

Po wyjściu na trasę zaczęło się już całkiem ładnie przejaśniać, więc można było schować czołówkę, podpiąć zegarek do ładowania i zająć się napieraniem. Przez pierwsze pół godziny piłem recovery Torqa, żeby przede wszystkim dostarczyć dobrze przyswajalnego białka. Potem na zmianę: woda – żel – baton – iso – cola – wszystkiego po trochu. Kolejny przystanek oddalony był o 17km, ale miał zawierać ciepły posiłek – świadomość tego dodawała morza otuchy 🙂
Na jednym z podejść doszedłem pewnego bardzo pozytywnego Pana. Niestety nie pamiętam numeru, nazwiska, ale biegł w intencji walki o życie małej dziewczynki. Gorąco go pozdrawiam. Dał mi wiele świetnych myśli i emocji w tym czasie. Szliśmy razem ok. 20min i postanowił przyspieszyć do punktu. Później już się nie spotkaliśmy, więc mam nadzieję, że ukończył dystans pomyślnie.

Słońce zazwyczaj po nocy dodaje energii fizycznej i mentalnej, ale tym razem było inaczej. Bezchmurne niebo i ciepłe powietrze już o 4:30 zwiastowało upał za kilka godzin trwający co najmniej do 18. Podejście pod Jagodną trochę się dłużyło, ale nie było źle. Wspaniałe widoki o wschodzie rekompensowały wszystkie tymczasowe niedostatki. Do schroniska Jagodna dość dużo przetruchtałem, ale tu już był koniec biegu „ze śródstopia”. Ból piszczelowego, o którym wspomniałem po Śnieżniku, był coraz mocniejszy przy każdym kolejnym kroku nie obciążającym lewej pięty. Na szczęście Cascadie amortyzują całkiem dobrze, więc po prostu zamiast szybszego zbiegania „na łydkach” zostało mi „młócenie” piętami.

Wrzucę też kilka zdjęć Diodaka, który był w tym roku wyjątkowo chętnie kadrowany w wizjerach fotografów.

11705110_927568963974853_8511155185137850801_n

A5(81km) – 6:03(limit 11:00; -4:57) STRUMIEŃ WODY DLA OCHŁODY

Rosół i pierogi (z jagodami) – Tak pięknie ugoszczono nas na ok. 1/3 dystansu. Tu też spotkałem świetną Ultramaratonkę P. Ewelinę Świątek, której jeszcze raz chciałbym podziękować i pozdrowić 🙂 Jak teraz patrzę na czasy, to posiedziałem tam trochę za długo – w towarzystwie widocznie było zbyt przyjemnie.

CKF5a7bWsAEUSfM (1)

Masarykowa Chata – następny punkt oddalony był o 19km. Powyższe zdjęcie pochodzi z lasu przed Mostowicami. Na mapce można bez trudu odnaleźć ten odcinek asfaltowy. Tam więcej szedłem niż truchtałem mimo korzystnego nachylenia. Robiło się już naprawdę ciepło i chciałem oszczędzać siły przed nieznanym. W centrum wsi udało się dostrzec na horyzoncie uprzedzającego mnie zawodnika. Dogoniłem go na wejściu do lasu (niebieski szlak). Panem solidnie napierającym w Salomonach okazał się być Tomalski Marcin – facet, któremu zawdzięczam wiele świetnie przebytych kilometrów, co ciekawe, na różnych etapach „wyścigu”. Marcinie! Dziękuję i pozdrawiam!
O 8:30 słońce, mimo osłony lasu, dawało mocno w kość. Przy pierwszej okazji wymoczyliśmy głowy w chłodnym strumyku. Niestety nie było ich wiele.
Coś dziwnego dzieje się w tym momencie w oficjalnych wynikach, ale weszliśmy na ten punkt razem, więc…

A6(100km) – 9:32(limit 15:00; -5:28) CZECHY Z MARCINEM

Po drodze do Masarykowej Chaty minęliśmy kilku spacerujących Czechów, podobnie na kolejnym odcinku. Z pewnością pobiłem swój rekord życiowy w liczbie „Ahoj!” na minutę.
Chciałem tam trochę przyspieszyć i wykorzystać wyjątkowo dobre samopoczucie przy tak upalnych temperaturach. Następny odcinek to tylko 12km i niewiele z niego pamiętam. Mijaliśmy kilka grup trenujących młodych dziewcząt-biegaczek. Poza tym, to chyba, prócz leśnej zieleni, nic więcej ciekawego nie było.

A7(112km) – 11:20(limit 17:00; -5:40) „POŁOWA-MOŻNA PRZYCISNĄĆ”

Pewnie coś zjadłem. Pewnie coś wypiłem. Pewnie napełniłem. Nie wiem – nie pamiętam.
Wiem natomiast, że, wyszedłszy na ostatnie 18km do półmetku, pognałem przez parę metrów by dogonić długowłosego(to naprawdę rzadka przypadek) ultrasa. Był nim Cezary Doroszuk (podobno napędzany kebabem). Przeszliśmy centrum miasta, parę kilometrów odsłoniętą ścieżką w górę i trochę poróżniliśmy tempa.
Dużo piłem, bo, jak z resztą 3h wcześniej i później, na niebie ani jednej chmurki – Słońce w pełnej okazałości. Pamiętam ładne łąki i ścieżki prowadzone między polami. Potem wejście w las i kilkuminutowe strome podejście – takiego czegoś mi brakowało. Naprawdę ucieszyłem się, poczułem w końcu wyzwanie jak w okolicach gdzie trenuję. To było jedyne mocno nachylone podejście, poza skałkami przed A10. Następnie było trochę zbiegu po asfalcie, gdzie minąłem kilku finisherów 130-stki. W końcu, jakieś 3-4km przed półmetkiem doszedłem kolejnego świetnego chłopaka – Grzegorza Leszka, który walczył o podium w M20. To był jeden z trudniejszych dla mnie, najbardziej żmudnych fragmentów wyprawy. Żar lał się z nieba, ból się nie hamował, a do punktu asfalt i asfalt i asfalt…
Wymęczeni psychicznie zapytaliśmy po drodze pewnej starszej kobiety: „Jak daleko do amfiteatru w Kudowej?” Odpowiedziała, że troszeczkę w dół – za 20min byliśmy na miejscu.
Grzegorz (z zabiegani.com.pl) cieszył się z ukończenia zawodów na 3 stopniu w swojej kategorii, a ja starałem maksymalnie dobrze i szybko odpocząć, by mieć siły na kolejne 110km.
Tam też miał miejsce przepak, więc przez najbliższe pół godziny drogi miałem w ręce butelkę Torqa, na nogach świeże, białe skarpety, a w plecaku bidon pełen coli. Najważniejsze jednak było to, że miałem tu przyszykowane wcześniej wspomniane bokserki – uratowały mi skórę – dosłownie.

IMG_3549

A8(130km) – 14:29(limit 20:00; -5:31) PÓŁMETEK

Poczekałem na Cezarego i ruszyliśmy dalej – 15km do Pasterki, gdzie czekał kolejny ciepły posiłek i miejsce do spania(co do którego zaczynałem mieć poważne zamiary). Podchodząc pod Ptasią Górę, na wysokości skałek straciliśmy trochę czasu przez niegodziwość jakiejś miernoty, która przewiesiła parę wstążek. 5-7min kręciliśmy się bez sensu, by nareszcie, z kolejnymi zawodnikami, dostrzec ciąg oznaczeń w innym miejscu. Podejście na Pasterską Górę dało nam w kość. Pamiętam, wchodząc robiliśmy przerwy co kilka minut wcale nie przeplatając ich mocnym napieraniem.  Tam była już walka ze zmęczeniem na pięści. Na szczęście nie trwało to długo i niebawem byliśmy na kolejnym ważnym punkcie. Dochodząc spotkaliśmy też kompana na parę kolejnych odcinków: Wojtka Rykałę.

A9(145km) – 18:40(limit 00:00; -5:20) ŚPIMY

RafałDiodak, pasterka

W pasterce zjadłem, położyłem się i zmrużyłem oko na dwadzieścia parę minut (Cerazy z Wojtkiem woleli to przetrzymać i wyruszyli wcześniej). Pospać się nie dało, bo raz – ból, rozciąganych w wygodnej pozycji, mięśni nie pozwalał, a dwa – co parę minut ktoś przychodził, odchodził i raczej nie wszyscy chcieli robić to po cichu – normalne. Przebudziłem się, szybko spakowałem manatki i, w miarę wypoczęty, pełny wiary w sukces poszedłem w stronę Szczelinca. Niespełna 3km technicznego podejścia, ładnych widoków – szybko, łatwo i przyjemnie.

Na A10 nie było pomiaru – woda i iso do napełnienia, przejście przez bramkę turystyczną i nic więcej.

IMG_3551

Przeciskanie się między skałami na kilkadziesiąt minut przed zachodem Słońca budziło we mnie niepokój tym bardziej, że w tamtym rejonie nie było żadnych oznaczeń. Mieliśmy przejść ścieżką turystyczną, której przebieg wcale nie był tak oczywisty i schodami w dół do ścieżki, na której powinny już być „nasze” wstążki. Trochę mnie te kamienie skołowały i próbowałem nawet dodzwonić się do Diodaka celem zweryfikowania planu kierunku marszu w tym miejscu. Z zasięgiem sieci za dobrze nie było, więc ani słowa porady nie dało się usłyszeć. Poczekałem, więc, 2 minuty na kolejnego zawodnika, który już był pewien dobrej drogi i, rzeczywiście, po kilku minutach metalowych schodów byliśmy z powrotem na odpowiednio oznakowanej ścieżce. Mniej więcej na połowie tego długiego(22km) odcinka dogoniłem Cezarego i Wojtka. W tym momencie tempo miałem trochę lepsze, więc leciałem sobie spokojnie parę minut z przodu. Robiło się już ciemno, więc trzeba było napierać z czołówką. Mimo dobrego światła w pewnym momencie popełniłem niepotrzebny skręt przez co dołożyłem sobie ok. 300m. Wróciwszy na trasę widziałem już przebijające się białe światło czołówek kompanów z Pasterki, więc dałem się dojść i przez następnych kilka godzin szliśmy i truchtaliśmy  w ekipie trzyosobowej. Jeden kolega miał spory problem z kolanami, a drugi ze stopą, więc nie za bardzo było jak nadgonić, a do punktu zostały niespełna 4h nocnego marszu. Tę średnio optymistyczną perspektywę pogorszył jeszcze drobny błąd nawigacyjny, który, co prawda, nie dołożył nam dystansu, ale pozwolił cieszyć się „końcówką do punktu”, kiedy w rzeczywistości było to jeszcze 1,5h marszu. W Wambierzycach,pełni rozgoryczenia, usiedliśmy na kilka minut na chodniku. Byliśmy śpiący, zmęczeni i 1,5h od kolejnego punktu. Cezary uprzedził, że idzie zrobić parę kroków i jak znajdzie dobre miejsce na sen, to się położy. Za chwilę poszliśmy z Wojtkiem zgodnie z wytyczoną trasą. Po drodze mijały nas grupy KaBLi gnających prędko do swojego 40km. A11 miało być punktem bez jedzenia, więc kanapeczki i inne przysmaki na miejscu w pewnym stopniu zrekompensowały nam niemiłą niespodziankę nawigacyjną sprzed 2h.

A11(170km) – 00:44(limit 7:00; -6:16) „-NIE MA TU MRÓWEK?! -SĄ.”

Kolejny przystanek był 21km dalej. Napierałem tu teraz z Wojtkiem, któremu coraz bardziej doskwierał ból kolan. W rytmie nie bolały go tak, jak po choćby krótkiej przerwie, ale niemożliwym było już wtedy iść pod górę bez przerwy. Mało tego! Zanim dobrze się rozkręciliśmy, jakąś godzinę od punktu poprosiłem kompana o kilkanaście minut przerwy na sen. Jakże pięknie było usłyszeć wtedy słowa potwierdzające. Słaniałem się wtedy na nogach, rejestrując pozycję w przestrzeni co kilka, kilkanaście sekund. Ten marsz był zbyt wolny i zbyt męczący. Położyłbym się tak czy inaczej. Temperatura powietrza pozwalała na spokojny sen nawet bez żadnego odzienia, więc niedługo szukaliśmy odpowiedniego legowiska. Zegarek nastawiony na 15min i śpimy. Co parę minut ktoś przechodził i w trosce pytał, czy wszystko w porządku. Niektórzy gdy tylko zobaczyli purpurę na numerze przechodzili śmiało utwierdzeni, że tak to u nas po prostu wygląda. Mieli rację. Na 240 to całkiem normalne.
Pik! Pik! Pik! Pik! Pik! – może jeszcze 10min? – ok.” Po tej dokładce wstaliśmy już, jak się wydawało, gotowi do drogi. Wojtka niestety coraz bardziej męczył ból. W końcu zdecydował się sięgnąć po ostatnią deskę ratunku i wsmarował w kolana dobrych kilka gram maści. Zanim skończył zabieg kazał mi na siebie nie czekać, więc tam zobaczyliśmy się po raz ostatni przed metą. Do pokonania zostało mniej więcej 17km. Na moje szczęście zaczynało się przejaśniać(nie potrzeba tyle skupienia by dostrzec oznaczenia).
Choć ostatnie parę kilometrów po grani dłużyło mi się niemiłosiernie, to do punktu dotarłem w dobrej formie psychicznej i fizycznej. Udało się trochę nawet przetruchtać (wciąż na piętach).

A12(191km) – 6:09(limit 12:00; -5:51)

Do Bardo, na ostatni przepak i ciepły posiłek poleciałem mocno. Po drodze minąłem świetnie poprawiające nastrój 3 osoby: Dzielne Blondynki z KBL-a i świetna, bardzo mocna Pani Inga. Serdecznie Panie pozdrawiam i dziękuję za solidną dawkę motywacji na 45km przed metą 🙂
Kilka miłych słów udało się również zamienić z Panem Henrykiem Mikołajczykiem(pozdrawiam!), który mocno pogonił mnie na tym niebieskim, bardzo przyjemnym dla biegacza, szlaku.
Słońce już dość wysoko, ale przez gęsty las nie sprawiało takiego problemu jak dzień wcześniej.
Na punkcie poprosiłem, oczywiście, o pełen, dwudaniowy zestaw dań ciepłych. Przedtem skorzystałem z dobrodziejstwa przenośnych toalet. Wszystko zgodnie z założeniami.
Kilka minut przed wyjściem z punktu przybył kolejny ultras, z którym wymienialiśmy się pozycjami na dystansie już nieraz. Korzystając z uprzejmości zawodnika, wziąłem łyka iso i w drogę…

A13(203km) – 8:26(limit 15:00; – 6:34)

Do kolejnego punktu, wg profilu z informatora, trasa miała wieść przez kilka porządnych podejść, łatwiejszy fragment granią i ostre zejście w dół. Czułem się tu bardzo dobrze, kalkulowałem, śledziłem wybrzuszenia wydrukowane na numerze, by wiedzieć gdzie dokładnie jestem i od kiedy będę mógł wrzucić wyższy bieg. Trzymaczem mijam jeden szczyt, drugi, wyprzedzam parę KaBLi, trzeci, czwarty, piąty, Słońce świeci, szósty... i tracę cierpliwość. Na którymś z kolei zbiegu po prostu zwalniam, bo w upale traciłem za dużo sił nie wiedząc ile jeszcze podejść do następnego punktu. W międzyczasie minęły mnie dwie, wspomniane wcześniej blondynki, które twierdziły, że do Przełęczy Kłodzkiej zostało nam 1 lub 2km – to był jakiś konkret. Zbiegały dzielnie, ja pozostawałem ostrożny. Zegarek od wielu godzin pełnił już funkcję wyłącznie wskazywania aktualnej godziny, bo na więcej bajerów nie wystarczyło baterii (nawet podładowanej z powerbanka).
Nareszcie. Ostatnie, bardzo strome zejście i widać namiot. Wolontariuszki spisują numer(startowy :P), ja wcinam arbuza i wypełniam bukłak po brzeg.

A14(215km) – 11:35(18:00; -6:25)

Ostatnie dwa punkty. Dowiedziałem się, że do uprzedzającego mnie uczestnika B7S mam ok. 10min straty – pognałem więc mocnym marszem mieszanym z truchtem w celu jego dogonienia i powiększenia przewagi nad dochodzącą mnie P. Ingą.
Minęło może pół godziny i dogoniłem owego delikwenta. Ku mojej uciesze okazał się być nim Marcin, z którym wędrowałem już wcześniej przez dobrych kilka godzin w okolicach A5 i A6. Cieszę się, że tam na siebie trafiliśmy, bo ten przedostatni, trzynasto kilometrowy etap był z pewnością najtrudniejszy, najcięższy. Podejścia nie były specjalnie wyszukane, a i zbiegi nie były specjalnie trudne. Co w takim momencie robi różnicę? Temperatura. Upał. Skwar kiedy idziesz pod praktycznie zerową osłoną rozrzedzonych koron drzew. Dosłownie liczyliśmy kroki do kolejnego zacienionego kawałka ścieżki, żeby złapać w marszu głębszy oddech. Pokonanie tego etapu samemu byłoby trudniejsze, jeszcze bardziej mozolne, żmudne, dlatego dziękuję, Marcinie, za towarzystwo. Na Orłowiec doszliśmy z minimalną różnicą. Tam pozwoliłem wolontariuszom wyżyć się z wiadrami zimnej wody na swoim przegrzanym organizmie. W pierwszej chwili zapaliła mi się czerwona lampka: „Mokre buty!”, ale po chwili namysłu niczym się już nie martwiłem. Było chłodniej, w butach także. 12 do końca- będzie dobrze. Chwilkę po wyjściu z punktu mały chłopiec wręczył mi owocowego cukierka – przemiłe 🙂

Diodak szedł w tych warunkach parę godzin wcześniej i mniej. Niech jego zdjęcie będzie komentarzem do panującej tam atmosfery.
Krystian - Woda
A15(228km) – 14:18(limit 20:00; -5:42)

Do mety pozostało 12km, w tym pierwsza połowa podejścia, a reszta przyjemnie w dół. Chciałem to zrobić poniżej 2h i prawie obiecałem to wolontariuszom na punkcie. Czułem się świetnie. Wiedziałem, że bardzo dobry wynik jest w zasięgu. Gonić nie za bardzo było kogo. Za duże odstępy na tym dystansie. Na szczęście równolegle na tej samej trasie swoje biegi kończyli zawodnicy z innych konkurencji. Miło było widzieć tylu dzielnych napieraczy. Tu zdałem sobie sprawę z dobrze wykonanego planu na całym dystansie. Startując chciałem mieć czym biec do mety. Pamiętny start w BUCie 2013 zakończyłem niepewnym, kulejącym marszem. Teraz miało być inaczej – i było.
Głęboki, regularny oddech, dłonie oparte na udach, długi krok i atakujemy wzniesienie. Na kilkaset metrów przed końcem podejścia znów minąłem urocze blondynki i niesiony jeszcze ich dobrym słowem osiągnąłem ostatni na trasie szczyt. Teraz zbieg. Do końca jakieś 6km, więc niby niewiele, ale przy tak upośledzonej technice biegu(powodem silne bóle) trudno było nawet truchtać z górki. Przed asfaltem dobiegłem kolejnego ultrasa (niestety nie z B7S). Zamieniłem z nim parę słów w marszu, po czym pobiegłem już tak do końca. Do mety.
Na 2,5km do końca stali jeszcze wolontariusze polewający wodą i tam na kilkanaście sekund zamarłem. Ocierając wodę z twarzy chciałem spojrzeć na swój numer startowy – a jego brak. Szybko odwracam się, sprawdzając czy mi nie spadł przy oblewaniu – pusto. Nikt nie macha, nie woła, więc nic nie widzieli. Myślę – pewnie spadł wcześniej na zbiegu i nawet nie zauważyłem kiedy. Zanim wpadłem na pomysł, żeby biec z powrotem obróciłem jeszcze odruchowo pasek w okół brzucha i z za pleców wyłonił się przepiękny fiolet z numerem 1106 w centrum. Jest! 🙂 Wcześniej nie odwrócił mi się tak ani razu. Widocznie długi zbieg trochę go ruszył.

Tak się rozpędziłem, że ostatni odcinek przebiegłem najszybciej ze wszystkich uczestników B7S – taka wisienka na torcie 🙂

META!!! 240km –  15:50(limit 22:00; -6:10)

Czas: 45h 50:20,3
Miejsce: 21(Open), 4(M20)
Brak bólów stawowych – wyłącznie mięśniowe.
Taki scenariusz brałbym w ciemno i jestem z niego niezmiernie zadowolony 🙂
Dziękuję organizatorom za świetnie przygotowaną imprezę. Trudno się jest do czegokolwiek przyczepić. OGROMNE podziękowania dla wolontariuszy(w szczególności dla Gosi Libury) – byliście niesamowici 😉 Wiele dobrych słów usłyszałem także od ludzi na mecie. Za nie również jestem wdzięczny.

Gratuluję i pozdrawiam wszystkim walczącym. Uściski dla Diodaka i Renaty 😉

Reklamy

12 uwag do wpisu “30 w cieniu, 240 w nogach – B7S 2015

  1. Przeczytałam niczym powieść sensacyjną. Robi ogromne wrażenie!! Kto wie może i ja na ten dystans się pokuszę bo tylko 110km jako KaBL zrobiłam 🙂 a Twój opis do przygotowań będzie bezcenny. Widziałam osobiście, że napierałeś profesjonalnie i robiło to wielkie wrażenie! Widziałam, bo tam byłam – jedna z blondynek 🙂 pozdrawiam bardzo serdecznie!

    Polubione przez 1 osoba

    1. Cieszę się, że nieźle się to czyta. Spisanie wszystkiego to, śmiało, 8-10h siedzenia przy komputerze. Na szczęście zostaje na długo i mi też służy jako świetna pamiątka.
      Tak wiele życzliwości w Pani komentarzu, że po prostu brak mi słów 🙂
      240km polecam, bo to przecież ponad 2 razy dłużej trwająca przygoda niż 110.
      Pozdrawiam i liczę, że skrzyżujemy jeszcze nieraz biegowe ścieżki!

      Polubienie

    1. Genialne słowa, właśnie tego bym sam sobie życzył! 😉
      Rzeczywiście całkiem nieźle wyszło, choć po kadrze można się zastanawiać czy stabilnie stałem na nogach 😛
      Photo by Artek to Twoja strona?

      Polubienie

  2. Cudownie się czytało wspaniała i inspirująca relacja 🙂 mi pozostały wspomnienia i chęć przeżycia tego ponownie tym razem postaram sie nie zakonczyc w Pasterce ;),pozdrawiam

    Polubione przez 1 osoba

  3. Witam, przeczytałam Twój opis z tego morderczego biegu. Jesteś naprawdę mocnym człowiekiem. Możesz w życiu zdobywać góry, zarówno te rzeczywiste jak i w przenośni. Życzę Ci wszystkiego najlepszego. Pamiętaj, tanio skóry nie sprzedawaj!!! Miło było Cię spotkać na mecie i znaleźć sie z Tobą na zdjęciu – tym pod koniec filmiku 😉

    Polubione przez 1 osoba

    1. Pani Ireno, dziękuję za poświęcenie czasu na przeczytanie relacji i piękne słowa otuchy. Zrobię co w mojej mocy, by zajść(a może zabiec?) jak najdalej.
      Jeśli znajdzie Pani chwilę i ochotę, to pod tym linkiem jest wersja „gazetowa” mojej relacji zredagowana przez dziennikarza, który docenia moje starania http://jasnet.pl/?m=sport&mod=publicystyka&id=37676 Sam czytałem z zaciekawieniem 🙂

      Pozdrawiam serdecznie i liczę, że będziemy mieli okazję zamienić parę słów za rok na mecie w Lądku!

      Polubienie

  4. Świetna relacja. Podziwiam. Gratuluję. Ja po raz pierwszy w życiu skusilem się na bieg górski na dfbg. Dyszka. Ale….zakochałem się. Jak mówi jeden ze sponsorów…Flat is boring. To prawda. Dwa tygodnie później poleciałem połówkę w Szklarskiej. Za rok w Lądku mam plan….65 km…a co!!!

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s